|
Z
Niepokalaną
... do domu
Ojca
Jesień 3(23) 2000
UMRZEĆ to zysk ks. Andrzej Dziedziul
MIC
"Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a
umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna
praca, co mam wybrać? Nie umiem powidzieć. Z dwóch stron doznaję
nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele
lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was
konieczne" (Flp 1,21-24).
Wiele osób podziwia moją posługę wobec
umierających. Wydaje im się ona tak trudna, a sytuacja
beznadziejna ze względu na irracjonalny lęk przed śmiercią i podświadome
przekonanie, że nic nie da się zrobić w takich chwilach.
Pozornie łatwiejszym rozwiązaniem byłoby
cudowne uzdrowienie. Pozornie, gdyż wiele osób nie ma prostej
wiary w moc uzdrowienia, którą daje Jezus, lub istnieje duchowa
przeszkoda, np. brak przebaczenia. Tak więc nawet w przyjęciu łaski
uzdrowienia zawiera się wezwanie do nawrócenia, będącego zawsze
ewangelicznym umieraniem dla siebie. Znowu umieranie... Umieranie
duchowe to podporządkowanie życia Jezusowi, zgoda na to, że On
wie, co dla nas najlepsze tutaj, na ziemi, a szczególnie później...
Kiedy jestem przy człowieku w agonii, czasem
moje zmysły odbierają mało miłe odczucia: nieprzyjemny zapach,
widok wynędzniałej twarzy, odgłos charczenia, duszności... Jakże
to przeciwne współczesnej iluzji, że człowiek może być zawsze
młody, silny i uroczy. Dla rodziny są to sytuacje kuszące rozpaczą.
Bywają agonie spokojne, ale i wtedy widać w najbliższych lęk i
poczucie bezradności.
Kto ma doświadczenie towarzyszenia umierającym,
dość łatwo radzi sobie z negatywnymi odczuciami. Wie z doświadczenia
nabytego przy umierających sąsiadach i członkach rodziny, co należy
wtedy robić. Daje umierającemu swoją spokojną obecność, wie,
jak przez proste zabiegi pielęgnacyjne ulżyć cierpieniu, z łatwością
wspiera go swoją modlitwą. Często zdarza się, że człowiek
przed przejściem do Pana zaprasza rodzinę i sąsiadów, dziękuje
im, przeprasza, zostawia swoje życzenia i żegna się z najbliższymi.
Takich zachowań jest mało w dużych miastach, bo nie ma właściwej
atmosfery wokół chorego.
Gdy choremu usunie się lub złagodzi wiele
nieprzyjemnych objawów choroby, szczególnie ból, prościej jest ułatwić
to, co najważniejsze w życiu - spotkanie z Panem. Czasem z ludźmi,
którzy boją się Boga, potrzebna jest najpierw rozmowa, aby się
poznać i może zaprzyjaźnić. Wtedy łatwiej odkryć w ich sercu uśpioną
tęsknotę za Bogiem. Gdy przychodzi czas na sakramenty, sam Jezus
przygotowuje umierających, gdyż często czują się lepiej już
przed moim przybyciem, a później, po spotkaniu z Panem w
sakramentach, odczuwają w sercu wielką ulgę. Bardzo pocieszające
są wyznania: "Teraz już jestem szczęśliwy". Gdy mój
kontakt jest częstszy, doświadczam nieustannego zadziwienia nad
przemianami w sercu zarówno nieuleczalnie chorego , jak
i w sercu jego najbliższych. Oto kilka migawek z mojej posługi.
Halina, kobieta 40-letnia, przed śmiercią
zachwyciła się swoją córką, w której odkryła tyle ciepła.
Ostatnie tygodnie, jak kiedyś przed laty, spały razem, aby cieszyć
się swoją bliskością. Halina powiedziała pewnego razu, że
kiedyś udawała, iż wierzy w miłość innych ludzi, a teraz
naprawdę to odkryła.
Barbara nie była ochrzczona. Po kilku miesiącach
przełamała swoje opory związane z antyświadectwem ludzi wierzących.
Przebaczyła swojemu mężowi alkoholikowi, który doprowadził ją
do tego, że żyła jak zaszczute zwierzę. Dwa dni przed śmiercią
jakże niezwykły był jej uśmiech, uśmiech na twarzy człowieka
wycieńczonego jak po Oświęcimiu. Pojawił się też po śmierci i
był pociechą dla jej dzieci, że mama rzeczywiście może być
szczęśliwa po tamtej stronie. Ileż jednak trzeba było zabiegów,
aby tę kobietę i jej dzieci doprowadzić do zaufania najpierw
wobec siebie, a później wobec Boga.
Pani Hania najpierw przeżyła szok przy
nieuleczalnej chorobie swojego męża. Pierwszym światłem w zniechęceniach
była ofiarna pomoc lekarki i pielęgniarki. Dalej zniesienie bólu
przy zachowaniu świadomości męża. Pomoc psychologiczna umożliwiła
jej zaproszenie i mnie jako kapelana na rozmowę. Żywy kontakt ułatwił
jej przyjęcie sakramentów. Te z kolei były źródłem wyraźnego
umocnienia męża. Trafiłem w końcu na sam moment agonii. Modliliśmy
się, następnie nasze tradycyjne w hospicjum trzymanie umierającego
za rękę, dające widoczne wsparcie w momencie śmierci. Ostatnie 1 5
minut życia męża było dla żony łatwiejsze
do zniesienia. Po jego odejściu szybko doszła do siebie. Kiedy z
kolei ona zachorowała na raka, ze spokojem poprosiła nasze
hospicjum o podobną pomoc dla siebie. Jej odchodzenie było świadomym
przygotowywaniem się na spotkanie z Jezusem.
Wielkie znaczenie w opiece nad umierającymi ma
udział rodziny. Są oni bardzo cierpiący i trzeba ich wspomóc,
aby odkryli moc uśpionej miłości. Bywało, że trafiałem do
chorego tylko raz i to w chwili agonii. Cóż wtedy począć? Prawić
kazania? Nigdy! Po prostu kochać umierającego i jego najbliższych.
Nawilżyć usta, ułożyć głowę, otrzeć twarz, rozpocząć
modlitwę. Otoczyć czułością umierającego i delikatnie wciągnąć
w to rodzinę, która czasem z samych gestów uczy się co robić.
Widząc znaki uspokojenia umierającego, sama nabiera ufności i łatwiej
służy mu w ostatniej ziemskiej wędrówce. Po śmierci osoby
najbliższej trzeba często rodzinie powiedzieć o ich dobrym zaangażowaniu,
aby uśmierzyć podświadome poczucie winy.
Dla wielu najbliższych najtrudniejszym okresem
bywa osierocenie. W takich sytuacjach gdzie mogę, głoszę prawdę
o świętych obcowaniu i próbuję pomóc rodzinie odnaleźć znaki
świętych obcowania: poczucie bliskości ze zmarłymi, dotknięcia
Bożego pokoju w sercu, doświadczenie większej skuteczności w
trudnych sprawach. Rzeczywistość ta jest przyjmowana i rozumiana
przez wierzących w nieznacznym stopniu.
"Przywrócić dzieciom nadzieję" to
hasło jednego z wyjazdów w góry z dziećmi osieroconymi. Czasem
trzeba je wspomóc, aby przywrócić im prostą radość, ale też i
doprowadzić do większej dojrzałości po śmierci rodzica.
Rozmowy, wypoczynek, zaufanie - robią swoje. Dzieci potrafią z
ufnością przyjąć nadzieję Dobrej Nowiny o miłości silniejszej
niż śmierć. Niektóre bardzo głęboko rozumieją z czasem
tajemnicę świętych obcowania.
Wiele w przygotowaniu do spotkania z Jezusem mogą
zrobić pracownicy i wolontariusze, szczególnie wobec dużego zeświecczenia
w wielkich bezdusznych miastach. Dlatego na różnych spotkaniach
przekazuję im naukę oraz doświadczenie wiary oświetlonej obecnością
Chrystusa. Treści takie pojawiają się w dniach skupienia, w
szkoleniach, w comiesięcznych Mszach św. dla osieroconych, w
prywatnych rozmowach. Niektórzy osbiście odkrywają, jak niebo
jest blisko, a wielu chorych dzięki nim zostaje w ten sposób pociągniętych
do Jezusa i Jego Kościoła.
Co to jest więc śmierć? Nie wystarczy dać
samej definicji. Napisałem o różnych sprawach, które rzucają światło
na ową bolesną tajemnicę. Ludzie zaczynają wierzyć w żywą
łączność "z tymi, którzy nas poprzedzili". Bez tego
doświadczenia suche rozważania oddalają od sedna zrozumiena
tajemnicy śmierci, którą daje żywy Chrystus.
Jakże brakuje nam chrześcijańskiej dojrzałości,
jaką widzimy u św. Pawła w cytacie na początku artukułu. Albo
żywej wiary np. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która zapewniała,
że po śmierci będzie więcej mogła wszystkim pomóc. Jakże
potrzeba tych, którzy dają w sobie miejsce, aby spełniała się
obietnica Jezusa: "Królestwo Boże jest pośród was".
Czymże byłaby Dobra Nowina, gdyby nie rozświetlała mroków śmierci?
|