|
Z Niepokalaną
... ufajmy Opatrzności Bożej
Lato 2(26) 2001
Z ks. Janem Bukowiczem MIC rozmawiał
ks. Andrzej Jans MIC
ŚWIĘTY FRANCISZEK Z MARYMONTU
- Zajmował się Ksiądz procesami
beatyfikacyjnymi, np. abpa Matulewicza oraz ostatnio mariańskich męczenników
z Rosicy: ks. Kaszyry i ks. Leszczewicza. Wiem, że pragnie Ksiądz,
aby także rozpoczęto proces beatyfikacyjny ks. Zygmunta Trószyńskiego,
marianina. Stąd owo pragnienie?
- Mieszkam na Marymoncie ok. 15 lat. Interesuję
się historią, również Marymontu i ludzi, którzy tu pracowali,
także ks. Trószyńskim. Jestem od 40 lat zaangażowany w procesy
beatyfikacyjne i kanonizacyjne. Orientuję się wstępnie, kogo by
można uważać za e wentualnego kandydata do procesu, a kogo
nie.
- Księdza Trószyńskiego można uważać za
takiego kandydata?
- Tak sądzę. Oczywiście, proces toczyłby się
drogą udowodnienia heroiczności cnót, a nie męczeństwa. Tutaj,
na Marymoncie, jeszcze 10 lat temu żyło sporo ludzi starszych, którzy
nas, marianów, mówiąc pozytywnie, atakowali, dlaczego dotychczas
nie rozpoczęto procesu beatyfikacyjnego ks. proboszcza Trószyńskiego.
Widzieli oni, dawni parafianie ks. Zygmunta, nie tyle jego świętość
osobistą, ile jego miłość bliźniego. Nazywano go św.
Franciszkiem z Marymontu. Widzieli, jak troszczył się o ludzi
biednych, potrzebujących. Nie mógł ani sam zjeść, ani spać,
ani pracować jako kapłan, jeżeli wiedział, że ktoś czegoś
bardzo potrzebuje. Był znany z ogromnie rozległej działalności
charytatywnej, potrafił wynajdywać ludzi nawet spoza swojej
parafii.
Pewna kobieta wspomina, że kiedy już wszystko
sprzedała w czasie okupacji, a jej męża aresztowali Niemcy, będąc
kiedyś na nabożeństwie majowym z dzieckiem, zemdlała.
Zainteresował się nią wtedy proboszcz. Zaproponował, aby przyszła
po pomoc. Ona jednak nie zjawiła się. Wysłał więc do niej kartkę,
ale i wówczas nie przyszła. W kilka dni potem przekazał jej przez
kogoś jedzenie. Po kilkudziesięciu latach po tym wydarzeniu
wspomina, że ks. Trószyński uratował ją i jej dwie córki od śmierci.
Teraz, kiedy sama czy jej córki widzą na ulicy kapłana,
przypominają sobie ks. Trószyńskiego i myślą o każdym kapłanie
z szacunkiem.
- Dzisiaj potrzeba takich kapłanów...
- Tak, tylko dzisiaj pomoc wygląda inaczej. Jest
przede wszystkim zbiurokratyzowana, zinstytucjonalizowana. Ksiądz
Trószyński nie prowadził żadnych kartotek.
- Czy poza Marymontem był jeszcze gdzieś znany?
- Na całych Bielanach, Żoliborzu. Podczas
Powstania Warszawskiego był kapelanem AK. Po wojnie wiele na ten
temat pisano. Ksiądz Trószyński nie tylko rozgrzeszał i udzielał
Komunii św., ale dawał i papierosa, kawałek chleba, coś do
picia. Kiedyś ks. Trószyński zobaczył na ulicy ranną dziewczynę.
Wziął ją na plecy i zaniósł do pobliskiego powstańczego
szpitala. Dziewczyną tą była córka późniejszego prezydenta
Polski Ludowej Bolesława Bieruta, Krystyna. Ksiądz Zygmunt
interesował się rannymi, grzebał zmarłych.
- Podobno ks. Trószyński był znany również wśród
Żydów?
- Tak. Ponieważ przyjmował ich, ratował. Na
przykład zatrudnił w kancelarii parafialnej pewną Żydówkę,
umieścił żydowskiego chłopca u sióstr zakonnych w Młocinach
czy Łomiankach.
Żyją jeszcze dwie panie, które wychowały się
z Żydem. Otóż ks. Trószyński wezwał kiedyś jedną ze swoich
parafianek i zapytał ją, ile ma dzieci. Odparła, że troje. Na to
on: "To będzie pani miała czwarte". "Co też ksiądz
proboszcz mówi?" - odparła zdziwiona kobieta. "Nie
filozofować, nie filozofować". Ksiądz Trószyński wręczył
tej kobiecie metrykę chrztu chłopca, i tak ocalił go od śmierci.
- Czy można powiedzieć, że ks. Trószyński był
w jakimś sensie męczennikiem?
- Nie mógłbym przeprowadzić procesu
beatyfikacyjnego na podstawie męczeństwa ks. Zygmunta, ale
rzeczywiście cierpiał za wiarę. Przynajmniej dwa razy do roku -
na Boże Narodzenie i Wielkanoc - zbierał ludzi, którzy należeli
dawniej do AK albo walczyli w Powstaniu. Za to dostał 6 lat więzienia.
Myślę jednak, że przede wszystkim aresztowano go za bursę, którą
urządził w odremontowanym budynku dawnej Szkoły Obrony
Przeciwgazowej na zboczu wzgórza Marymont. Bursa ta, im. gen.
Grotta, została otwarta w 1947 r. dla sierot po powstańcach;
przebywało w niej ok. 70 sierot. Działała przez 2 lata, bo na
początku stycznia 1949 r. ks. Trószyński został aresztowa ny
i wywieziony na Mokotów. Później długo przebywał we Wronkach.
Był już człowiekiem starszym, chorowitym, a mimo to bito go w więzieniu.
Zwłaszcza był katowany za spowiadanie. Zwolniono go wcześniej na
interwencję jego siostry. Bierut podpisał zmniejszenie kary o 2
lata, ponieważ ks. Trószyński był ciężko chory na serce i na płuca.
Mimo interwencji również ks. kard. Wyszyńskiego o skrócenie
pozostałych 4 lat musiał odsiedzieć wyrok.
W więzieniu pomagał nawet Niemcom czekającym
na egzekucję. Pewnego razu wsunął do kieszeni jednego z nich
kilka papierosów, podzielił się też swoim przydziałem kawy, co
oburzało polskich współwięźniów. Na to ks. Trószyński
powiedział: "Wybaczcie mi, ale im nikt nic nie poda". Były
to wielkie rekolekcje dla więźniów.
- Czy Ksiądz dostrzegał świętość ks.
Zygmunta, bo przecież znał go osobiście?
- Mógłbym nawet powiedzieć, że dobrze go znałem,
szczególnie w końcowym okresie jego życia. Kiedy wrócił z więzienia,
był nawet rektorem kościoła na Bielanach, a ostatecznie został
kapelanem sióstr w Młocinach. W tym okresie miałem z nim częste
kontakty. Był bardzo rozmiłowany w Zgromadzeniu Księży Marianów,
do którego przecież należał, a szczególnie w bł. o.
Matulewiczu, gdyż był w nowicjacie na Bielanach pod jego opieką.
Myślę, że świętość ks. Trószyńskiego była raczej wewnętrzna.
Wydaje mi się, że jego osobisty stosunek do Pana Boga był bardzo
bliski. Jego świętość była jakby całkowicie ukryta przed ludźmi.
- Przypomnijmy, kiedy żył i działał ks.
Zygmunt Trószyński...
- Urodził się w 1886 r. na Marymoncie. Jego
ojciec był wójtem olbrzymiej gminy i opiekował się potrzebującymi,
tak że ks. Trószyński od dziecka żył w takiej atmosferze. Zmarł
w Otwocku w 1965 r.; dnia 22 czerwca przypada rocznica jego śmierci.
Myślę, że ks. Trószyński może być dobrym przykładem dla współczesnych
kapłanów i świeckich.
|