|
Z
Niepokalaną
... stajemy się
apostołami Miłosierdzia Bożego
Jesień 3(35) 2003
Zdziwienie i wdzięczność ks. Kazimierz Jankiewicz MIC
Kiedy chciałbym określić 50 lat mojego życia (licząc od pierwszych ślubów 15 VIII 1953) w Zgromadzeniu Księży Marianów, spontanicznie przychodzą mi na myśl dwa słowa: zdziwienie i radość. To zdziwienie mógłbym poszerzyć o słowo “wdzięczność”. Zdziwienie i wdzięczność Panu Bogu za to, co mi się przydarzyło.
W powołaniu zakonnym czy kapłańskim zawsze jest obecna wola Jezusa, który wybiera kogo chce. Powołanie jest tajemnicą Jezusa, ale głos powołania trzeba usłyszeć. Czy rzeczywiście Bóg mnie woła? Osobiście nie usłyszałem żadnego “wyraźnego głosu” Pana Boga, dlatego odpowiedzi szukałem nawet wtedy, kiedy już byłem w Zgromadzeniu. Uwierzyłem w moje powołanie, widząc w splocie wydarzeń, które doprowadziły mnie do marianów, znak łaski Bożej.
W moim środowisku rodzinnym znana była wartość powołania kapłańskiego, ale nie życia zakonnego. Gdy miałem 10 lat, otrzymałem błogosławieństwo prymicyjne od mojego starszego kuzyna ks. Józefa Jankiewicza. Wtedy nawet pierwszy raz powiedziałem kapłanowi, który pytał mnie, kim będę, że będę księdzem. Ale po skończeniu szkoły podstawowej złożyłem podanie do technikum. Kiedy po raz drugi zgłosiłem się do lekarza – tym razem z Niższego Seminarium Księży Marianów - z formularzem o stanie zdrowia, doktor popatrzył na mnie ze zrozumieniem i powiedział coś w rodzaju: “Chłopcze, czynisz słusznie, z takimi muskułami nadajesz się do czytania książek, a nie do młota”.
Do juwenatu w Warszawie na Bielanach pojechałem z dwoma moimi kuzynami. Przyjęli nas trzech, może i dlatego, że na egzaminie zjawił się ks. Józef... Po 2 latach napisałem podanie o przyjęcie do nowicjatu. Miałem wtedy 16 lat. Nie był to wiek do zrozumienia wymagań życia konsekrowanego, czyli według rad ewangelicznych. Ale gdy za rok składałem pierwsze śluby zakonne, wiedziałem, na jaką drogę wkraczam.
Kiedy po 6 latach miałem złożyć śluby wieczyste, w czasie miesięcznego nowicjatu chodziłem po alejach mariańskiego ogrodu klasztornego w Stoczku na Warmii, wojując z sobą o powołanie. Nie wątpiłem, czy pozostać w Zgromadzeniu, ale brakowało mi w powołaniu mojego “ja”. Miałem wątpliwości, czy dokonywany wybór jest moim wyborem, czy tylko logiką zdarzeń, w których inni mieli więcej udziału niż ja. Brakowało mi wyraźnego miejsca i czasu, o których mógłbym powiedzieć, że usłyszałem głos powołania. Stąd rodziły się pytania: Czy to jest moja decyzja, czy zbieg wydarzeń i okoliczności, które mnie aż dotąd doprowadziły? Spowiednik w obawie chyba, żebym nie zrezygnował, ukazywał mi piękno życia zakonnego, lecz to nie był mój problem. Właśnie wówczas zacząłem odkrywać, że powołanie jest darem darmo danym, że Bóg działa przez wydarzenia i ludzi, aby objawić swoje plany, a ja w tym zasługi nie mam. To jest tym moim powodem zdziwienia i wdzięczności wobec tajemnicy, która wciąż trwa od 50 lat! Skoro Panu Bogu spodobało się obdarzyć mnie darem powołania, to jak się nim nie radować!
W odkrywaniu tego daru mieli swój udział ludzie, których Bóg stawiał na mojej drodze. Matka i dom rodzinny pozostają najjaśniejszym punktem w rozeznawaniu tego co Boże. A później wychowawcy i przełożeni. Nie musiałem ich naśladować. Byli jak wyraźne znaki orientacyjne, i nie miałem wątpliwości, która droga jest słuszna. U początku mojego życia u marianów spotkałem braci i księży, którzy kształtowali się pod okiem bł. Jerzego Matulewicza. Byli oni oddani Bogu i Kościołowi całkowicie, choć nie zawsze doskonali. Ale tacy ludzie byli tymi sprawiedliwymi, o których Abraham mówił Bogu, dla których Bóg mógł ocalić całe miasto.
Dużą pomocą w życiu zakonnym jest dobro wspólnoty. Jako kleryk spędzałem zawsze kilka dni wakacyjnych na plebanii mojego kuzyna, ale chyba nie umiałbym żyć sam; do tego trzeba mieć odrębny dar. Wspólnota domu zakonnego jest rodziną, do której się przynależy. Nawet jeśli jakieś zawirowania oddalają od niej, zawsze pozostaje świadomość, że jest dom, do którego można wrócić. Mam szczególną wdzięczność do moich mariańskich braci z różnych pokoleń, którzy są mi bliscy, a z wieloma łączy mnie przyjaźń od wielu lat.
Chociaż z perspektywy jubileuszu 50-lecia życia zakonnego bardziej liczę na Boże miłosierdzie niż na rezultaty w dążeniu do doskonałości, w sercu odnawiam ideały młodości. Napomnienie Pana i wezwanie do powrotu do “pierwszej miłości” uznaję za skierowane do mnie (por. Ap 2,4-5). Jak Bóg pozwoli, to u grobu o. Papczyńskiego podziękuję za dar powołania mariańskiego i za wszystkie łaski w nim otrzymane, a Matkę Bożą Niepokalaną będę prosił o wytrwanie do końca w rodzinie mariańskiej.
|