Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich
Linia modlitwy
Pielgrzymki
Spotkania
Publikacje
Bractwo szkaplerzne
Strona główna

Z Niepokalaną
... wysławiamy Miłosierdzie Boże   Zima 4(36) 2003

Jak Pan Bóg chwycił mnie do kapłaństwa, marianów i Brazylii / ks. Jan Glica MIC

Urodziłem się w 1935 r. we wsi Bączki (pow. Garwolin). Do Warszawy było 70 km, gościńcem z piachu, do najbliższej stacji PKP (Łaskarzew) - 14 km. Później mieszkałem w Podłężu nad żyłą Wisły, która okrążała kilka wiosek. Pośród wierzb płaczących było romantycznie, pachnąco i kolorowo. Ach! Jakie to były przepiękne czasy.
W domu było ubogo, ale bardzo przytulnie. W Wielkim Poście zabronione było w domu gwizdanie, śpiewanie... Matka prządła, robiła kilimy, płótno na krosnach i śpiewała Gorzkie Żale... Ojciec robił zgrabne koszyki z wikliny. To romantyczne życie przerwała nam wojna.
W 1944 r. przyjąłem I Komunię św. Tego samego roku Rosjanie wypędzili nas z domu. Żyliśmy na łasce ludzi oddalonych od frontu, w norach ziemnych, w lesie. Dzięki Bogu, wojna się skończyła. Wróciliśmy do domu.
Do kościoła nie było daleko – ok. 3 km, ale ludzie musieli przeprawiać się łódką albo promem. Obecność na Mszy św. była świętym obowiązkiem, bez względu na odległość i pogodę. W kościele czułem się jak w niebie. Nad prezbiterium było namalowane niebo pełne gwiazd. Podobało mi się to niebo i wciąż podnosiłem głowę. 
Ojciec bardzo lubił muzykę na skrzypcach. Ja też lubiłem. Kupił mi więc skrzypce i gnał do nauki gry na nich. Po pewnym czasie zacząłem grywać na zabawach wiejskich. Wracałem do domu nad ranem zgnębiony. Pan Bóg jednak przenosił powoli moją myśl do innej rzeczywistości. Serce moje rwało się do czegoś, czego nie znałem...
Zbliżał się koniec VII klasy. Kiedyś u sióstr św. Rodziny, mieszkających obok kościoła, znalazłem informację o werbistach, którzy przyjmowali kandydatów na misje. Na misje! Do innych krajów! Zetknąłem się też wtedy pierwszy raz z Pismem św. Nigdy nie widziałem i nie czytałem Pisma św. W kościele widziałem, jak ksiądz z wielkiej księgi czytał historie “nie z tej ziemi”, ale co to było, nie wiedziałem. Poprosiłem siostry, żeby mi pożyczyły tę świętą księgę chociaż na jeden dzień. Pożyczyły na 3 dni! Czytałem dzień i noc, dzień i noc... Matka mówi: “Czyś ty zwariował?” A ja czytałem... – o Abrahamie i Izaaku, o przejściu przez M. Czerwone, o męce Pana Jezusa. Przeniosłem się w inny świat. Oddałem siostrom Świętą Księgę i wracałem od nich już z decyzją, że zostanę misjonarzem. Ogłosiłem to rodzicom, w szkole, ale księdzu nie powiedziałem, aby mnie nie wyśmiał. Dowiedział się od kogoś i na lekcji religii mi powiedział: “Ty, gałganie, rozrabiako, na księdza? Zacisnąłem zęby, nic nie odpowiedziałem. 
Rodzice mi pobłogosławili, okazali poparcie, także mój najlepszy kolega. Byli jednak i tacy, którzy śmiali się ze mnie, że zmarnuję życie. A ja czułem dziwną pewność w sobie co do podjętej decyzji. 
Marianów nie znałem. Napisałem do werbistów do Nysy. Był rok 1950. Ale ojciec napisał o moich zamiarach do swojej siostry, która była zakonnicą. Ciotka przysłała do mnie list: “Dziecko, gdzie ty jedziesz tak daleko do Nysy? Znam Księży Marianów w Warszawie. Mały, ale dobry zakon”. Dała adres. Napisałem. W liście z odpowiedzią widniał podpis: “Ks. K. Oksiutowicz”. Ojciec zawiózł mnie na Bielany. Tam spotkałem śp. ks. A. Perza, który odesłał mnie i innych kandydatów na Wileńską do Niższego Seminarium. Przydzielono mnie do gimnazjum im. L. Waryńskiego. Moim pierwszym prefektem był ks. K. Śliwa. Mówił nam pięknie o Matce Bożej. Wstawaliśmy o godz. 4.50. Porządek, czystość, dyscyplina – imponowały mi bardzo. 
Seminarium było płatne. Ojcu nie było łatwo za nie płacić (200 zł miesięcznie). Gimnazjum było wybitnie komunistyczne. Za wyróżnienie w pracach społecznych, w budowie Pałacu Kultury, Alei Żwirki i Wigury i Stadionu X-Lecia w Warszawie oraz za pochodzenie chłopskie dostałem najwyższe stypendium (300 zł miesięcznie!). Problem się rozwiązał.
W seminarium miałem świętych – w moim pojęciu – wychowawców: śp. księży – W. Niecieckiego, A. Łosia i F. Żurnię, którzy nauczyli mnie kochać Kościół i nasze małe zgromadzenie. A Zgromadzenie przeżywało ciężkie warunki ekonomiczne. Z tego powodu miałem 2-letnią przerwę w studiach. Pierwsza przerwa to ekonomstwo na Wileńskiej. Pieniędzy nigdy nie widziałem. Jeździłem o świcie rikszą na zieleniak, aby przywieźć resztki liści i warzyw dla świń. Wykonywałem drobne naprawy i robiłem porządki w domu i chlewie. Drugi rok przepracowałem w Licheniu jako zakrystian i pomocnik w gospodarstwie. Nie było wtedy w Licheniu jeszcze światła.
Mieliśmy w Zgromadzeniu świętych braci, oddanych. Z jednym z nich pracowałem w Górze Kalwarii – Zygmunt Czerwiński. Cały dzień pracował fizycznie, przed kolacją widziałem go w kaplicy, a w czasie kolacji usługiwał księżom przy stole. On był też w tamtych czasach jedynym szoferem w prowincji polskiej jedynego samochodu Framo. Żywi święci ludzie byli dla mnie najlepszą formacją i wyrzutem sumienia za własne niedbalstwa. 
Seminarium ukończyłem we Włocławku. Święcenia kapłańskie otrzymałem w Górze Kalwarii w 1964 r. z rąk bp. Modzelewskiego. Góra K. była jedyną parafią, gdzie po święceniach pracowałem do wyjazdu do Brazylii. Czekałem wciąż na to, co mi obiecał Pan Bóg – na wyjazd na misje. Marianie byli w Stanach Zjedn., Anglii, Rzymie, Austarlii, ZSRR, ale ja chciałem na misje! Kiedyś po południu śp. ks. Szeląg wpadł ze śp. ekonomem Zambrzyckim do Góry K. i zapytał mnie: ”Chcesz jechać na misje do Brazylii? Jutro rano musimy mieć odpowiedź”. “O czym będę myślał w nocy? Już dziś mówię – jadę!” Wyrok zapadł. Serce zakrwawiło nieco, ale wkrótce się zabliźniło. Po prawie rocznych staraniach wyjechałem do Rzymu we wrześniu 1968, przez Wiedeń, Wenecję, Padwę i Florencję. Stamtąd przez Lourdes, Madryt, Salamankę, Balsamao i Fatimę do Lizbony. W Lizbonie władowaliśmy się ze śp. Władkiem Konobrą (?) na włoski okręt i płynęliśmy przez 10 dni przez Atlantyk do Santos.
Pierwszą noc w Brazylii spędziłem u Matki Bożej w Aparecida, drugą już w parafii św. Jerzego w Kurytybie, gdzie przywiózł nas 22 listopada 1968 r. śp. ks. B. Jakimowicz.
To już 35 lat w Brazylii – 10 lat w parafii św. Jerzego w Kurytybie, 5 lat w Adrianopolis, 11 lat w parafii Św. Rodziny w Kurytybie i 9 lat w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego także w Kurytybie. Jestem człowiekiem słabym i grzesznym, ale poszedłem zawsze tam, gdzie przełożeni mnie posłali, i to mi przyniosło pokój i szczęście, mimo błędów, jakie popełniłem.

Aktualności

Zgromadzenie
Księży Marianów w Polsce
Stowarzyszenie
w USA
Wydawnictwo
Księży Marianów
Sanktuarium
w Licheniu

 

CENTRUM  STOWARZYSZENIA  POMOCNIKÓW  MARIAŃSKICH
ul. Gdańska 6A, 01-691 Warszawa        tel. 833-74-05; fax: 833-32-33
e-mail: spm@marianie.pol.pl 

Numer rachunku bankowego:
PKO SA VII/O Warszawa 53-1240-1109-1111-0000-0515-2270