|
Z
Niepokalaną
...
odpowiadamy na plan Boga Lato 2(38) 2004
KOSMOS, czyli z rozrabiaki - ksiądz
- Jak poznał Ksiądz marianów i co sprawiło, że zapragnął Ksiądz być jednym z nich? Co z tego pierwszego wrażenia było najbardziej cenne?
- Można by powiedzieć, że to „przypadek” sprawił, iż poznałem marianów. Stało się to przez ks. Adamskiego MIC, który swego czasu głosił rekolekcje w Stoczku Łukowskim. Mówił wiele o powołaniu, wezwał chętnych, żeby się zgłaszali, a mnie od dłuższego czasu chodziło po głowie, aby być w zakonie,
bardzo bliska była mi praca dla ludzi. Zgłosiłem się więc do tego księdza, a on zaprosił mnie do Skórca [nowicjat marianów – przyp. R.Z.]. Pojechałem tam i bardzo urzekła mnie atmosfera tego miejsca oraz postawa ks. Adamskiego, jego gościnność. Miałem wtedy 15-16 lat, i byłem naprawdę zafascynowany otwartością i przyjaźnią tego człowieka, choć przecież w ogóle mnie nie znał. Tak mnie bardzo to urzekło, że zapragnąłem zostać marianinem.
- A jak wyglądało Księdza odkrywanie powołania?
- Pod koniec szkoły podstawowej otrzymaliśmy do wypełnienia ankietę, w której trzeba było napisać, kto kim chce być i dlaczego. Jako młody chłopak byłem raczej rozrabiaką, wpadłem więc na pomysł, by napisać dla żartu, że chcę zostać księdzem. Na drugi dzień kierowniczka szkoły wezwała ojca i pokazała mu ankietę. Dostałem porządne lanie, ale być może tak właśnie „utkwiło” we mnie powołanie. Od tamtej pory jakoś to we mnie było, tak zrodziło się pragnienie.
- Co z mariańskiego charyzmatu najbardziej Księdza urzekło, co dzisiaj jest najważniejsze?
- Bardzo bliska była mi maryjność marianów. W moim domu rodzinnym była bardzo maryjna atmosfera. Odmawialiśmy modlitwy, śpiewaliśmy pieśni, Godzinki o Matce Bożej. Drugą rzeczą była praca duszpasterska, szczególnie – na co zwracał uwagę o. Papczyński – dla ludzi prostych, najbardziej potrzebujących pomocy, poszukujących Boga, ciepła, przyjaźni. Takie zaangażowanie sam widziałem u marianów, zanim wstąpiłem do Zgromadzenia, i później także – tę wielką serdeczność, otwartość, braterstwo i atmosferę naprawdę przyjacielską, mimo trudnych czasów, w jakich przyszło nam wzrastać do kapłaństwa.
- W czasach, kiedy Ksiądz wstępował do marianów, nie było zbyt wielu powołań. Jak zatem wyglądał wasz nowicjat przeżywany w tak małej grupce?
- Nie było wielu powołań, ale nasz nowicjat był wyjątkowy, bo było nas aż dwunastu, co stanowiło wtedy ewenement: przed nami było trzech, po nas z całego rocznika został tylko jeden, a spośród nas aż siedmiu doszło do kapłaństwa. Szliśmy do nowicjatu już z pewnym bagażem doświadczeń, po 2 latach studiów i pobytu u marianów. Byliśmy chyba trochę bardziej rozbrykani, niż to dzisiaj bywa. Nie było wielkiego rygoru, ale zarówno w nowicjacie, jak i w seminarium kładziono nacisk na naszą odpowiedzialność – wobec Boga, wobec własnego sumienia.
- Jak wyglądało wasze życie kleryckie?
- Kłopotów nie brakowało. Były wielkie trudności finansowe, nie mieliśmy własnego seminarium, mieszkaliśmy na stancjach, rozproszonych po mieście. Była tam ciasnota, spaliśmy w pokojach po 4-5 osób. Ale przecież Bóg prowadził marianów różnymi drogami, rozpoczynając od wyrzucenia z Bielan, następnie przez Włocławek, Siedlce aż do domu w Lublinie.
- Skoro nie mieszkaliście razem, to co was łączyło kiedy się spotykaliście?
- Każdy dom, każda stancja to była jakby mała wspólnota, mała rodzina. Atmosfera była pełna życzliwości. Choć chętnie wyjeżdżaliśmy na święta do domów, to jednak jeden tęsknił za drugim. Wykłady mieliśmy w seminarium diecezjalnym, gdzie również były bardzo dobre układy między nami i tamtejszymi klerykami oraz profesorami. Co do spotkań, to gromadziliśmy się na modlitwy, zarówno rano, choć trzeba było zerwać się bardzo wcześnie, by dojechać z drugiej części Lublina, jak i wieczorem. Wspólne też, oczywiście, mieliśmy posiłki.
- Od wielu lat jest Ksiądz postulatorem, a także kustoszem grobu o. Papczyńskiego. Proszę powiedzieć, na czym polega ta praca i czym się dzisiaj Ksiądz zajmuje.
- Jestem wicepostulatorem na Polskę od spraw beatyfikacyjnych mariańskich kandydatów na ołtarze [od 2002 r. oprócz o. Papczyńskiego – przyp. red.]. Głównym moim zadaniem jest zbieranie świadectw łask, doświadczonych za przyczyną naszych Sług Bożych, a także zapoznawanie wiernych z tymi postaciami, ich wielkością, świętością, umiłowaniem ojczyzny – wartościami, które są wciąż aktualne. Ponadto, przyjmowanie pielgrzymek, inspirowanie do modlitwy o beatyfikację, szczególnie o. Papczyńskiego, przy którego grobie obecnie pracuję, czuwam. Zainteresowanie o. Stanisławem jest ogromne, przyjeżdżają pielgrzymi z różnych stron Polski, zamawiają Msze św., opowiadają o doznanych łaskach, uzdrowieniach. My zaś zapisujemy je w specjalnej księdze.
- Od wielu lat mieszka Ksiądz na Mariankach. Czy jest to pomocne w takiej pracy?
- Tak, ponieważ to jest ziemia, którą przez 24 lata deptał o. Papczyński, gdzie uświęcał innych wiernych nauczaniem, pracą i miłością do Boga, do ludzi, do ojczyzny. To jest w końcu miejsce, gdzie umarł i został pochowany. Jestem tu więc przy nim, czuję jego obecność.
- Czy zdarzają się Księdzu wolniejsze chwile i co lubi Ksiądz wtedy robić?
- Tak, czasem się zdarzają. Bardzo lubię piesze i rowerowe wycieczki. W miarę możliwości organizuję pielgrzymki, wyjazdy – bardzo jednoczą one ludzi, którzy przez to zbliżają się do siebie i tak tworzy się wspólnota, więź.
- Wśród kleryków znana jest Księdza pasja do gotowania. Skąd ona się wzięła i jak ją Ksiądz realizuje?
- To chyba rodzinne. Gdy byłem we Włoszech, musiałem często sam coś pichcić i tak te rodzinne zamiłowania pogłębiły się jeszcze. Teraz na co dzień posiłki przygotowuje nam gospodyni, ale czasem pozwalam sobie na coś specjalnego. Najbardziej znane są oczywiście żurek i grochówka à la Kosmos [ks. Jan przygotowuje je zawsze na doroczne spotkanie marianów u grobu Ojca Założyciela – przyp. R.Z.]. Dla bardziej wyrafinowanych podniebień zaś polecam fondille, potrawę francuską. To bardzo wykwintne jedzenie i, rzecz jasna, wyśmienite. Nauczyłem się tego w Paryżu.
Rozmawiał br. Rafał Zalewski MIC
Ks. Jan Kosmowski MIC ur. 1951 r. w Stoczku Łukowskim. Do Zgromadzenia wstąpił po maturze (1972). Po 3 latach (studium filozofii i nowicjat) złożył I śluby zakonne, a 17 czerwca 1979 w katedrze lubelskiej przyjął święcenia prezbiteratu. Przez 2 lata pracował w Górze Kalwarii, po czym przełożeni wysłali go na studia do Rzymu; ukończył je po 7 latach doktoratem z historii Kościoła. Po powrocie przez pół roku mieszkał w Lublinie, z którym za sprawą wykładów związał się odtąd na dobre. Kolejne 4 lata spędził w Warszawie na Stegnach, skąd dojeżdżał z wykładami również do Skórca. Od 1994 r. mieszka i pracuje na Mariankach, gdzie jest rektorem kościoła Wieczerzy Pańskiej i kustoszem grobu Założyciela Księży Marianów, o. Stanisława Papczyńskiego.
Przedruk w obszernych fragmentach z „Miriam” nr 3(8) 2002,
czasopisma kleryków mariańskich
|