|
Z
Niepokalaną
... modlimy się Eucharystią
Jesień 3(43) 2005
Wykluczałem kapłaństwo i życie zakonne / ks. Jan M. Rokosz MIC
Świadectwo powołania kapłańskiego i mariańskiego obecnego Przełożonego Generalnego Zgromadzenia Księży Marianów, współtwórcy Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich w Polsce
Bóg obdarzył mnie wielkim skarbem, jakim jest wychowanie w zdrowej rodzinie. Nie było u nas materialnego bogactwa. Bolesne doświadczenia, o których długo by mówić, również nas nie omijały. Było jednak coś, czego nie da się niczym zastąpić: wzajemna troska o siebie, świadectwo ojca i matki, którzy każdego wieczoru klękali do wspólnej modlitwy, podczas której szukali siły do dźwigania krzyża i pewności, że Bóg jest z nami.
W miarę dorastania pojawiało mi się coraz więcej pytań dotyczących istnienia Boga. Łatwe odpowiedzi proponował lansowany wtedy „światopogląd naukowy”. Przyszedł kryzys wiary, a potem kryzys mojej moralności: odrzucenie nie tylko tego, co „wyniosłem” z domu, ale także wszelkiego autorytetu. Podjąłem próbę ułożenia sobie życia bez Boga. Jeśli nawet chodziłem do Kościoła i na katechezę, to tylko dla tego, aby nie sprawiać przykrości mamie. Byłem przekonany, że w ten sposób będę szczęśliwy. Bardzo się myliłem. Stopniowo traciłem radość i sens życia.
Na szczęście Bóg nie zapomniał o mnie. Postawił na mojej drodze kapłana - marianina, który wskazywał na Chrystusa jako Tego, który może nadać sens mojemu życiu i uczynić je szczęśliwym; zachęcał mnie do modlitwy, do lektury Pisma św., zaprosił na rekolekcje dla młodzieży poszukującej sensu życia. Raz po raz, czy to podczas osobistej modlitwy, czy Mszy św., dane mi było przeżyć bardzo namacalnie obecność Boga, co sprawiało, że zaczął On stawać się dla mnie Kimś bardzo konkretnym, a słowa Pisma św. znaczyły coraz więcej. Siane w ten sposób ziarno słowa Bożego padało na dobry grunt, przygotowany przecież przez rodzinę.
Podczas rekolekcji odkryłem, że Bóg stwarzając człowieka, ma dla niego bardzo określony plan, zadanie do spełnienia. Byłem wtedy w klasie maturalnej. Postanowiłem odmówić codziennie, przed figurą Matki Bożej Limanowskiej, modlitwę o łaskę rozpoznania woli Bożej wobec mnie. Jednak wykluczałem kapłaństwo czy życie zakonne, uważając, że to na pewno nie dla mnie. Wydawało mi się, że zakonnicy i kapłani rezygnują z tego, co w życiu najpiękniejsze: z założenia rodziny, niezależności, z prawa do dysponowania dobrami materialnymi. Nie rozumiałem takich wyborów. Miałem zresztą wizję przyszłości z konkretną osobą, którą byłem zafascynowany. Bóg jednak nie dał za wygraną. Gdzieś w głębi mojego serca coraz mocniej pojawiała się myśl: „Zostaw swoje plany i pójdź za Mną, oddaj Mi swoje zdolności, talenty; są Mi one potrzebne do głoszenia Dobrej Nowiny! Zaufaj Mi! Ja dam ci siłę do pokonania wszystkich trudności i pokus! Nie lękaj się!”. Nie jestem w stanie opisać wewnętrznego rozdarcia i walki, jaka toczyła się wtedy w moim życiu. Była to walka między własną wizją życia a planem Boga, planem, którego nie chciałem zaakceptować, przed którym chciałem uciec.
Na kilka dni przed maturą miałem sen. Zobaczyłem siebie na sali maturalnej. Zapamiętałem jeden z zadanych tematów. Zapomniałem o tym dziwnym śnie. Dopiero wchodząc do sali, w której miałem pisać pracę z jęz. polskiego, przypomniałem sobie o tym zdarzeniu. Zmęczony wewnętrzną walką i świadom konieczności podjęcia decyzji, postawiłem Bogu warunek: jeśli On naprawdę chce, abym poszedł do zakonu, niech sprawi, abym na maturze otrzymał „wyśniony” wcześniej temat. Wiedziałem, że jest to wystawianie Pana Boga na próbę. Nie miałem już jednak sił dalej zmagać się z niepewnością. Wielkie było moje zaskoczenie, kiedy jeden z tematów brzmiał prawie identycznie z tym, który wyśniłem kilka dni wcześniej.
Mimo to nie byłem skory do podjęcia decyzji. Tłumaczyłem sobie, że to musiał być przypadek, że to niemożliwe, aby Pan Bóg zechciał przemówić do mnie w tak konkretny sposób. Walka wewnętrzna nie słabła. Bóg nie dawał za wygraną. Posłał do mnie „anioła”, jakim był kapłan-marianin, którego poznałem wcześniej. Przyjechał on z Warszawy, do mojego domu rodzinnego, do Stróży, pokonawszy 450 km, aby zapytać mnie o moje życiowe plany. Opowiedział o marianach, o założycielu Stanisławie Papczyńskim (o którym wcześniej nie słyszałem, chociaż urodził się 30 km od mojego domu rodzinnego) i jego miłości do Matki Bożej, o życiu zakonnym, o pięknie oddania swego życia do wyłącznej dyspozycji Boga. Kiedy tego słuchałem, nagle minęły wątpliwości. Wiedziałem, że to jest miejsce, do którego zaprasza mnie Jezus Chrystus. Po podjęciu ostatecznej decyzji, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, przeżyłem jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu: uczucie nieopisanego pokoju i szczęścia, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. To przeżycie zrekompensowało mi w nadmiarze bardzo trudny czas poszukiwań i było dla mnie jeszcze jednym potwierdzeniem tego, że dokonałem właściwego wyboru.
Podczas święceń kapłańskich moja mama opowiedziała mi pewną historię, która jest sekretem mojego powołania. Kiedy umierał mój ojciec, mama – mając w perspektywie prowadzenie gospodarstwa i wychowywanie pięciorga małych dzieci (ja miałem wtedy 7 lat) – prosiła ojca, aby po śmierci, gdy będzie bliżej Boga, opiekował się nami. W szczególny sposób prosiła o opiekę nade mną jako najmłodszym dzieckiem i jedynym synem. Wtedy usłyszała z jego ust: „Nie martw się, ja, będąc w niebie, będę prosił Boga, aby nasz syn został księdzem”.
Nie mam więc wątpliwości, że moje powołanie zostało wymodlone przez mojego tatę, a potem wspierane przez mocną wiarę mamy i jej nabożeństwo do Matki Bożej.
Rodzice zdecydowali, abym został ochrzczony w uroczystość Niepokalanego Poczęcia, i tak się złożyło, że Bóg powołał mnie do marianów, którzy służą Bogu i Kościołowi pod opieką i na wzór Niepokalanej. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia odnawiamy śluby zakonne, które czerpią cała swą duchową moc z chrztu św. i są manifestacją jego owocności. U mnie te dwa wydarzenia: rocznica chrztu i uroczystość Niepokalanego Poczęcia - przypadają na ten sam dzień.
Na chrzcie otrzymałem za patrona - umiłowanego ucznia Chrystusa - Jana Ewangelistę. To on otrzymał pod krzyżem łaskę szczególnej więzi z Maryją. Maryja, chociaż nie zawsze to zauważałem, opiekuje się mną jako dobra Matka.. Bycie zaś synem Maryi zobowiązuje. Wiem, że skoro jestem marianinem, spoczywa na mnie szczególny obowiązek „troski” o Maryję, o kształtowanie właściwego Jej obrazu i roli w Kościele.
Pisząc to krótkie świadectwo, uświadamiam sobie po raz kolejny, że wszystko w moim życiu zawdzięczam miłości Bożej, która jest potężniejsza od moich słabości. Proszę wszystkich o modlitwę, abym wypełnił plan, jaki Bóg przewidział dla mojego życia.
|