|
Z
Niepokalaną
... spotykamy Jezusa
Zima 4(44) 2005
W dniu moich urodzin... / ks. Roman Wcisło MIC – str. 19
Kiedy młody człowiek odpowiada na wezwanie Boże „Pójdź za Mną”, opuszcza rodzinę, przyjaciół, rezygnuje z rzeczy pięknych i dobrych. Gdy podejmuje wyzwanie kroczenia drogą życia zakonnego i kapłańskiego, to nieuniknione jest opowiedzenie sobie i innym o miejscu i czasie tego wyjątkowego momentu.
Zadziwiające jest to, że Bóg nie powołuje według jakiegoś określonego szablonu. Każde powołanie jest inne.
Kiedy Bóg powiedział do mnie: „Pójdź za mną”, to bardziej ja nie mogłem w to uwierzyć niż ludzie, którzy mnie dobrze znali.
Nie potrafię uchwycić jakiegoś jednego momentu powołania w moim życiu, jest to raczej ciągle trwająca historia mojego życia, historia miłości Boga do mnie. Bóg, który zna mnie lepiej niż ja samego siebie, umiejętnie potrafił tak poukładać wszystko na mojej drodze: ludzi, wydarzenia radosne, jak również bardzo bolesne, abym tego wszystkiego mógł zasmakować i abym niczym nieskrępowany, w całkowitej wolności, odpowiedział na Jego wezwanie. Życiowe decyzje zapadają w miejscach, które pamięta się do końca życia, a w moim przypadku były to trzy sanktuaria; dwa z nich oddalone od mojego rodzinnego miejsca zamieszkania zaledwie o 16 km. Pierwsze to Kalwaria Zebrzydowska, gdzie oczami dziecka, z rodzicami, od stacji do stacji przemierzałem Drogę Krzyżową i modliłem się przed cudownym obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej.
Drugie miejsce to krakowskie Łagiewniki, sanktuarium Miłosierdzia Bożego, obok którego przez 6 lat codziennie przechodziłem, idąc do szkoły. Tam też powiedziałem Jezusowi, że jeśli On mi pomoże wyrównać moje kręte ścieżki, to podejmę wezwanie. Po mojej obietnicy zadziwiająco szybko i prawie bez mojego nakładu sił wszystko było na dobrej drodze, abym powiedział: „Jezu ufam Tobie i całe moje życie oddaję Tobie, abyś Ty mną rozporządzał według Twoich planów, jakie masz wobec mnie”. Podjęcie przeze mnie decyzji, która była powodowana niedowierzaniem, jak również świadomością, że nie jest to tylko wielka przygoda, ale i wielka odpowiedzialność, trwało aż 4 lata, kiedy to definitywnie powiedziałem Bogu, że ufam Mu na dobre i na złe. Trzecie miejsce było jak iskra, która mnie wewnętrznie rozpaliła, abym nie zagasił Bożego wezwania. To sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej. Jako siedemnastolatek wybrałem się z moimi dwoma rówieśnikami na wakacyjne rekolekcje. W ostatni dzień rekolekcji ks. Olgierd Nassalski MIC, po wcześniejszych konferencjach przygotowujących nas do zawierzenia się Matce Bożej, odprawił w kościele św. Doroty krótkie nabożeństwo, w trakcie którego poprosił chłopaków, którzy pragną się oddać Matce Bożej, aby podeszli do ołtarza i wypowiedzieli słowa swojego zawierzenia. Ja w trakcie tych konferencji oraz tego nabożeństwa nie odczuwałem w sobie żadnego pragnienia, aby zawierzyć całe swoje życie Matce Bożej. Teraz nie pamiętam, czy mnie ktoś pchnął w ławce, czy też sam wstałem. Kiedy byłem już za ołtarzem i wypowiadałem słowa zawierzenia, to to, co się później stało, utwierdziło mnie w przekonaniu, że największą radość i miłość może mi dać tylko Bóg przez swoją łaskę, jaką mnie obdarza.
Po powrocie do domu szukałem dalej takiego szczęścia, jakiego doznałem w Licheniu, jednak były to tylko namiastki tego, czego tam doświadczyłem. Równocześnie wiedziałem, że droga do owego szczęścia polega na rezygnacji z moich planów, ścieżek, którymi chodziłem, a wybraniu tej jednej najtrudniejszej, aby zostawić wszystko i pójść za Chrystusem. I tak w piękny letni poranek, w dniu moich urodzin, wsiadłem do pociągu jadącego na północ Polski, aby tam rozpocząć w postulacie Księży Marianów nowy etap mojego życia, pisany nadal, teraz już jako księdza w parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Lublinie.
|