|
Z
Niepokalaną
... odnajdujemy sens życia
Jesień 3(47) 2006
Nasza święta historia / ks.
Eugeniusz Zarzeczny MIC
- Po co żyję, jaki jest sens mojego życia, a może dlaczego
jeszcze żyję?
Nasze życie ziemskie kończy się śmiercią, a zatem żyję po to, by
umrzeć, ale chyba to nie koniec… Żyję, bo Bóg tak chciał, ma jakiś
plan co do mnie (niestety, nie znam konkretów, wciąż pytam siebie i
Boga, o co chodzi). Żyję po to, aby odkrywać wciąż prawdę o sobie i
o Bogu, pamiętając o słowach, że „Beze Mnie nic uczynić nie
możecie”.
Bóg mi przypomina przez różne wydarzenia z mojego życia, aby w końcu
oprzeć się jedynie na Nim i wybrać naprawdę do końca Jego wolę
(dopiero chyba w chwili śmierci jest to możliwe). Na pewno pomocą
jest Matka Boża, która, jeżeli będę się Jej zawierzać, przeniesie
mnie bezpiecznie na swoich rękach.
Paulina - Po co żyję? Pytanie to jak
deszcz pada w różnym
czasie i miejscu mojego życia. I, w zależności od kontekstu, w
jakim się ono pojawia, przynosi rożne i czasem zaskakujące
odpowiedzi.
Jako człowiek wiary nie mam żadnej wątpliwości w
wartość życia jako daru od Boga i wyrazu miłości, którą przed
laty podzielili się ze mną moi rodzice.
Gdy życie niesie ze sobą konieczność podjęcia
wyboru, pytanie to nabiera dla mnie nowego znaczenia - jest wówczas
pytaniem o moją godność. Poszukiwanie odpowiedzi zawsze ma w
tle zaplecze Biblii, bogate w mądrość i miłość Boga do mnie.
„Po co żyję?” jest dla mnie również pytaniem o
tożsamość. Pada ono na podobieństwo sytuacji grzechu opisanej
w Księdze Rodzaju, a tkwiącej głęboko w sercu każdego z nas: Gdzie
jesteś (Adamie)?
Przyznam, że pytanie to ma w sobie coś z rachunku
sumienia, ale pojmowanego nie jako skrupulatne grzebanie w pamięci i
zliczanie grzechów, lecz że przepalając moją świadomość,
ukazuje głębię Bożej miłości. Paweł
- Już od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie: Po co żyję? Do tej
pory nie usatysfakcjonowała mnie w pełni żadna z odpowiedzi, które
przychodzą mi do głowy, ale wydaje mi się, że najbliższa prawdy jest
odpowiedź: „Żyję na ziemi po to, aby dojrzeć do życia w niebie”.
Agata - Żyję po to, aby zasłużyć na
niebo, wypełniając – jak najlepiej potrafię – Boży zamysł wobec
mojej osoby. br. Andrzej MIC -
Trudno na takie pytania odpowiadać. Pokrótce można to wypunktować:
1. Najważniejszym sensem mojego życia są ludzie dla mnie najbliżsi,
czyli rodzina i najbliżsi przyjaciele. 2. Za tym kryje się również
to, aby byli szczęśliwi. 3. Wtedy ja też będę szczęśliwa. 4. Sensem
życia jest także dom, to, jaki jest: otwarty dla ludzi, ciepły dla
domowników, ze zwierzętami, które dodają też sensu. 5. Również mieć
cel w życiu oraz jego realizacja. 6. A także spędzanie czasu
wolnego, zawodowego itd. w „sposób sensowny”.
X. - Piękne ideały możemy odłożyć w
kąt, bo nie ma na nie czasu. Sensem życia przy tym tempie jest po
prostu utrzymanie się na powierzchni i niepolecenie w dół. Piękne
frazesy w stylu: rodzina, zdrowie - możemy odłożyć między bajki, bo
może i o
tym mówimy, myślimy i jesteśmy przekonani, ale nic w tym kierunku
nie
robimy – gdyż praca, praca, praca, zakupy, praca, praca, spotkanie,
TV - czysta
komercja, wszystko dla ciała, a dla ducha pozostaje już tylko sen, a
i
tego za mało. Y. Pytanie o sens życia
powraca do nas jak refren. Często pojawia się wtedy, kiedy życie
staje się ciężarem, nieznośnym brzemieniem. Człowiek z reguły nie
lubi cierpieć, doznawać przykrości. Kiedy więc go one dopadają,
pyta: „Po co to?”, „Jaki jest sens tego wszystkiego?” Czasami
przychodzi to pytanie w chwilach zadumy bądź przy podejmowaniu
istotnych dla naszego życia decyzji.
Odpowiedzi bywają różne: od dość banalnych, odnoszących się do tego,
co łatwo zauważalne, najbliższe, co się narzuca, aż po takie, które
ogarniają całość, które potwierdzają ów sens lub go negują. Te
ostatnie wymagają trudu i uczciwości. Nie sposób ich odnaleźć bez
odniesienia się do rzeczywistości nadprzyrodzonej, tzn. do tego, co
wykracza poza to, co nas otacza, poza świat materialny, widzialny.
Możemy mówić, że sensem życia jest rodzina, praca, szczęście,
dobrobyt, umiejętność organizacji życia. Jednak te wszystkie
odpowiedzi wydają się mało wystarczające, gdy uświadomimy sobie
przemijanie: nasze i tego świata. My, nasze czyny, dzieła, świat nas
otaczający - skazane są na zapomnienie bez odniesienia się do
czegoś/kogoś, co/kto to wszystko przekracza. Dopiero odniesienie do
Boga daje możliwość odnalezienia satysfakcjonującej odpowiedzi.
Słowo Boga, skierowane do człowieka pozwala zobaczyć ludzkie życie
jako coś, co się zmienia, lecz nie kończy. Ostatecznie nie jest
skazane na zapomnienie. Nasza praca, zmaganie się, poszukiwania
pokazują się jako historia święta, droga do domu, domu Ojca, która
nie kończy się śmiercią i zapomnieniem. W tej perspektywie nie
jesteśmy tylko jakimś ogniwem w ewolucji, trybikiem maszyny.
Dochodzi do nas świadomość, że jesteśmy niepowtarzalni, ważni,
cenni, i że nic nie jest bez sensu. Każdy nasz wybór, czyn ma
wartość nie tylko w odniesieniu do tego, co nas otacza, ale również
do wieczności.
W takiej perspektywie nasze poczynania są podporządkowane innej,
większej wartości. Jest nią miłość. Z miłości zostaliśmy stworzeni i
ku niej zmierzamy. To ona nadaje sens naszym wyborom. Miłość do Pana
Boga, do ludzi nas otaczających, do siebie, do świata, powoduje, że
dokonujemy takich a nie innych wyborów. Ona wydobywa nas z egoizmu,
chorych ambicji. Ona uzdalnia nas do podejmowania trudu,
poświęcenia. Za nią tęsknimy i jej szukamy: czasami po omacku,
nieudolnie. Jesteśmy nieszczęśliwi, gdy jej nie doświadczamy albo
gdy wybieramy cokolwiek, nie biorąc jej pod uwagę. A jej źródło
odnajdujemy w Bogu. W Bogu odnajdujemy też poczucie bezpieczeństwa i
siebie samych jako chcianych i ważnych, jako niepowtarzalnych i
pięknych. W Bogu „poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28) i dzięki
Niemu możemy spełnić nasze najgłębsze pragnienia kryjące się w
naszym sercu.
Miłość Boża urealnia nas. Sprawia, że jesteśmy osadzeni w
rzeczywistości. Nadaje ona sens naszym gestom. Wytarcie nosa
dziecku, czuwanie przy nim, trudne rozmowy ze współmałżonkiem,
znoszenie szefa w pracy, modlitwa, zakupy: to wszystko zaczynamy
widzieć w innym świetle. Nie trzeba uciekać, gardzić
rzeczywistością. Bóg do nas mówi, spotyka nas tam, gdzie jesteśmy.
Kiedy odnajdziemy się jako dzieci Boga, żyjące w Jego miłosnej
obecności, to odnajdziemy wszystkie poszczególne „sensy” naszych
poczynań, te codzienne, które ułożą się nam w jedną całość, w jeden
SENS.
I tak narodziny życia nie będą już przypadkiem, a śmierć przestanie
być tragicznym fatum. Już nie jesteśmy znikąd i nie zmierzamy ku
unicestwieniu. Jesteśmy jak górski potok, który - gdzieś
otrzymawszy życie – zmierza, by powiększyć wielkie morze, ciesząc po
drodze utrudzonych wędrowców, dając im wytchnienie i chęć do dalszej
wędrówki.
Poczucie chodzenia w świetle Bożej miłości sprawia, że przestajemy
się bać, że wierzymy, iż jesteśmy stworzeni, by być ludźmi
szczęśliwymi. Jest to doświadczenie tak wielu, którzy nas
poprzedzili, czy tych, którzy żyją pośród nas. Niech więc
przemieniają się nasze oczy i serca, byśmy jak najszybciej
dostrzegli Tego, który nadaje sens całej naszej historii. |