|
Z
Niepokalaną
...
dziękujemy Bogu za Jego miłosierdzie Wiosna 1(53) 2008
Śmiertelna choroba to też
miłosierdzie?
Jak „mówi Ojciec Kościoła
Ambroży w przemówieniu z okazji pogrzebu swego brata Satyra: «To
prawda, że śmierć nie należała do natury; Bóg bowiem od początku nie
ustanowił śmierci, ale dał ją jako środek zaradczy [...]. Z powodu
wykroczenia życie ludzkie stało się nędzne, upływało w codziennym
trudzie i nieznośnym płaczu. Trzeba było położyć kres złu, aby
śmierć przywróciła to, co utraciło życie. Nieśmiertelność jest
raczej ciężarem niż korzyścią, jeżeli nie rozświetla jej łaska». Już
wcześniej Ambroży powiedział: «Nie należy płakać nad śmiercią, gdyż
prowadzi ona do zbawienia».
Niezależnie od tego, co dokładnie chciał powiedzieć św. Ambroży w
tych słowach – prawdą jest, że gdyby śmierć została wyeliminowana
lub odsunięta w nieskończoność, ziemia i ludzkość znalazłyby się w
sytuacji niemożliwej i nie przyniosłoby to korzyści również samej
jednostce. Oczywiście jest pewna sprzeczność w naszym postępowaniu,
która wiąże się z wewnętrzną sprzecznością naszej egzystencji. Z
jednej strony nie chcemy umierać; zwłaszcza ci, którzy nas kochają
nie chcą naszej śmierci. Z drugiej jednak, nie pragniemy też istnieć
w nieskończoność, a także ziemia nie została stworzona z taką
perspektywą. Czego więc tak naprawdę chcemy? Ta paradoksalność
naszej własnej postawy rodzi głębsze pytanie: czym w rzeczywistości
jest «życie»? Co w rzeczywistości oznacza «wieczność»?”
Z encykliki „Spe salvi”
(p. 10 i 11) Benedykta XVI
Naszym przeznaczeniem jest piękne
niebo, ale większość z nas powoli, z oporami, a często z buntem
dojrzewa do przejścia na tamtą stronę...
Śmiertelna choroba daje szansę przez
dar czasu!
Mimo pokusy nadaktywności w szukaniu możliwości wyleczenia, choroba
nieuleczalna często „wymusza” na chorych i rodzinie wiele słów i
gestów, które pogłębiają miłość. Łatwiej w takiej sytuacji
wypowiedzieć słowa przebaczenia. Łatwiej tak na nowo przez słowa i
codzienną opiekę powiedzieć: „Kocham cię…”. Po śmierci zaś ukochanej
osoby jest większa szansa nie mieć do siebie pretensji, że czegoś
się nie powiedziało.
Wspaniale jest, jeśli chory nieuleczalnie i jego rodzina wspólnie
przygotowują się do spotkania z Bogiem i z bliskimi po tamtej
stronie. Większość jednak ludzi boi się takiej drogi, gdyż nie
dowierza, że jest to droga wzrostu dojrzałości i świętości. Na pewno
droga trudna…
Nie rozmawiając z chorym o sprawach ostatecznych, zostawia się go w
wielorakich cierpieniach związanych z samotnością i niepewnością. W
ilu rodzinach zużywa się ogromną energię, aby wzajemnie, jak mówią,
siebie oszczędzić. Ileż wtedy pięknych i ważnych słów nie będzie
wypowiedzianych. A czyż nowe życie i ostateczne potwierdzenie
miłości aż do śmierci nie są sprawami najgłębszymi?
Co jakiś czas z niektórymi chorymi umawiam się na ich pogrzeb. To
nie horror! ale miłość do końca. Na przykład Jadwiga, której Bóg
przedłużył życie o kilka lat. Ma przerzuty raka. Cieszy się, że
córka żyje porządnie, że ma dobrego narzeczonego. Wie już, że nie
będzie długo cieszyć się jej życiem. Mówi, że jest realistką, wie o
postępie choroby, więc prosi, abym był na jej pogrzebie. To jest
dojrzałość…
Mamy w hospicjum także nieuleczalnie chorych młodych ludzi, którzy
po trudnych zmaganiach z pytaniem o sens życia w końcu stają się
radośni i czuli wobec bliskich. Dlaczego? Bo przychodzi wyzwolenie z
lęku przed śmiercią.
Często mówię o Piotrze, który 4 dni przed śmiercią przeczuwał, kiedy
odejdzie, dlatego mógł nie tylko pożegnać rodzinę i przyjaciół, ale
i obdarować ich gestami miłości. Jego dojrzałość przemieniła rodzinę
i otoczenie; mama jest wolontariuszką w hospicjum, a młodsza siostra
w swojej szkole podstawowej organizowała zbiórki charytatywne.
W naszym hospicyjnym programie z cyklu „Warto rozmawiać” można było
usłyszeć relację matki, której 6-letni Antoś po zmaganiach z
leczeniem i po jego dziecięcych rozterkach w końcu sam poczuł, że
już czas z powodu następnego ataku choroby. Wtedy, jak mówi jego
mama, ten maluch przed śmiercią chciał każdemu zostawić trochę
ciepła dobrego słowa i garść bezinteresownej czułości.
Chorzy, dojrzali w swojej chorobie, bez względu na wiek, w jakiś
sposób nie są już porwani przez śmierć, ale nad nią panują. Oni
znają czas swojego odejścia, dlatego mogą zwołać rodzinę i przyjąć
Wiatyk – jedyny pokarm na życie wieczne.
Niektórym się wydaje, że dojrzałość to nieustanny wzrost. Objawienie
Boże i głębokie doświadczenie życia pokazuje, że nie ma dojrzałości
w miłości - bez ogołocenia, bez tracenia wielu dobrych rzeczy, aby
rozwinęły się te najgłębsze.
Choroba śmiertelna może:
- przez zmęczenie cierpieniem – ujawnić wyraźnie fakt, że życie na
ziemi to jeszcze nie to prawdziwe życie;
- przez postępującą bezradność – dać odczucie marności stworzenia,
co prowadzi do niepokładania nadziei w rzeczach przemijających, ale
raczej w Bogu;
- przez odkrycie trudu członków rodziny – sprawić gotowość odejścia
chorego ze względu na miłość do bliskich;
- przez pozbycie się w cierpieniu wielu złudzeń – dać gotowość do
pojednania i wzrostu miłości;
- przez rezygnację – stworzyć szansę odkrywania pokoju serca, który
Bóg daje z góry pokornym;
- przez zrezygnowanie z nieświadomego ubóstwiania ludzi i rzeczy –
obudzić pragnienie nieba i zasmakowanie w nim już tu, na ziemi.
Tak, śmiertelna choroba, choć może
fizycznie zniszczyć człowieka, może też stać się - dzięki
niezgłębionemu miłosierdziu Boga - tajemniczym narzędziem owego
miłosierdzia.
„To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe
szaty, i we krwi Baranka je wybielili” (Ap 7,14).
ks. Andrzej Dziedziul MIC,
Dyrektor Ośrodka Hospicjum Domowe
Zgromadzenia Księży Marianów
TO TY DECYDUJESZ, NA CO PRZEZNACZASZ
1% SWOJEGO PODATKU!
WSPOMÓŻ NASZ OŚRODEK!
W tym roku 1% naszego podatku wpłacamy jest przez urząd skarbowy. W
odpowiednich rubrykach PIT-u wpisujemy:
- wartość 1% naszego podatku
- nazwę: Ośrodek Hospicjum Domowe
Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej
Zgromadzenia Księży Marianów
- KRS 0000218644
|