|
Z
Niepokalaną
...
dziękujemy Bogu za Jego miłosierdzie Wiosna 1(53) 2008
„Szerokie są drzwi ubogiej chaty” / ks. Grzegorz Leszczyk MIC
Wielu ludzi chcąc
przedstawić historię swojego powołania, szuka oryginalnych słów i
wyjątkowego charakteru dla wydarzeń, jakie miały miejsce w jego
życiu. I z jednej strony nie da się ukryć, że tak faktycznie jest,
bo ilekroć Bóg działa w życiu jakiegoś człowieka, jest to
niesamowite wydarzenie – oczywiście z perspektywy wiary.
Również tak samo widzę i swoją drogę powołania zakonnego,
kapłańskiego i ostatecznie misyjnego. Nie bez przyczyny mówię w
takiej kolejności, bo rzeczywiście życie zakonne jest dla mnie
podstawą. Najpierw jestem zakonnikiem. Następnie jestem kapłanem w
Zgromadzeniu Księży Marianów, a ostatecznie wypełniam Boże
posłannictwo w posłudze misyjnej w Afryce, w Rwandzie.
Kiedy patrzę na swoją historię powołania, to dopiero z perspektywy
czasu widzę wyraźnie, jak wiele wydarzeń w moim życiu Bóg
przygotował lub wykorzystał, aby mi ostatecznie powiedzieć: „Pójdź
za Mną”.
Miałem kilkanaście lat, kiedy moja rodzina musiała się przeprowadzić
z małej wioski Krzywe do Sanoka. W mieście kontynuowałem naukę w
szkole podstawowej. Dużą szkołę miałem 2 minuty drogi od miejsca, w
którym mieszkałem, ale przez 4 lata jeździłem na drugi koniec miasta
do małej podstawówki, bo tam była swoista atmosfera, oddani
nauczyciele, którym wiele do dziś zawdzięczam. Następnie szkoła
średnia – technikum mechaniczne. Kierunek, który wybrałem na
początku, niewiele mi mówił i dla mnie znaczył, ale z czasem
zobaczyłem, że bardzo mi on odpowiada. To była kolejna szkoła, którą
skądinąd bardzo lubiłem, ale przede wszystkim nauczycieli, a
zwłaszcza naszą wychowawczynię - wywarła ona bardzo duży wpływ na
nas, uczniów, by przygotować do dorosłego życia. Po szkole udało mi
się znaleźć prace; chciałem skończyć studia, założyć rodzinę.
Ważne dla mojego powołania z tego okresu jest to, że w gronie
przyjaciół, kiedy patrzyliśmy na naszą przyszłość, nikt nie
wykluczał Boga, nie szukał poza Nim, a wręcz przeciwnie, to Jego
pytaliśmy, aby nam powiedział, jak i gdzie będzie najlepiej.
Osobiście dla mnie niesamowite ze strony Boga było to, że im lepiej
mi się wszystko układało co do przyszłości, to pojawiał się Głos w
sercu i pytanie: „Czy nie chcesz być bardziej szczęśliwy?”. Długo mi
to nie dawało spokoju, aż wreszcie powiedziałem że tak, chce być
jeszcze bardziej szczęśliwy.
Zgromadzenie Marianów poznałem przez miłość do gór. Akurat w
Zakopanem organizowali rekolekcje. Chyba jak większość chłopaków nie
bardzo rozróżniałem zakon od kapłaństwa
diecezjalnego, ale jeden z pierwszych marianów, jakich tam
poznałem, ujął mnie swoją osobowością, tym, jak żył, kim był.
Właśnie takim chciałem być i ja, tak samo wierzyć, pracować, żyć we
wspólnocie. Któregoś razu, już w seminarium, uświadomiłem sobie, że
dokładnie ten zakon odpowiada temu, by służąc Bogu, być jednocześnie
szczęśliwym.
Chyba od samego początku drogi zakonnej pragnąłem realizować
powołanie przez pracę na misjach. Powołanie misyjne to również
kontynuacja tego - może już nie czy, ale - gdzie będę bardziej
szczęśliwy. Zaraz po święceniach poprosiłem przełożonych o wyjazd do
Afryki, do Rwandy. Od ponad roku jestem w tym kraju i rzeczywiście
im bardziej poznaję tutejszych ludzi, język, kulturę, widzę, że nie
warto poprzestawać i szukać taniego szczęścia, ale szukać go tam,
gdzie inni go nie widzą albo już zatracili. Przysłowie afrykańskie
mówi „Szerokie są drzwi ubogiej chaty”, a dla mnie teraz wielkie
jest szczęście poznać taką chatę i wejść do niej, niosąc Jezusa. |