|
Z
Niepokalaną
...
bądźmy uczniami Chrystusa Lato 2(54) 2008
Niezbadane są wyroki Pańskie / ks. Andrzej Sidorowicz MIC
Nie można mówić o
powołaniu, nie mówiąc o Bogu, który tym powołaniem obdarza.
„Niezbadane są wyroki Pańskie” - te słowa św. Pawła trafnie
określają moje spotkanie z Chrystusem. Historia mojego spotkania ze
Zgromadzeniem Marianów łączy się ściśle z nawróceniem w wieku 17
lat.
Moja rodzina jest katolicka – i ojciec, i mama mają katolickich
przodków. Z dzieciństwa pamiętam, że w rodzinie skrzętnie
zachowywano religijne tradycje, choćby wigilijną kolację czy
święcenie wielkanocnych potraw. Ale nie pamiętam, bo ich nie było,
żadnych objawów żywej wiary w Boga. Mnie i moich braci ochrzczono w
Kościele katolickim, ale później, nawet po upadku ateistycznego
Związku Radzieckiego, nikt z rodziny nie zadbał o moje religijne
wychowanie. Przekazać wiary rodzina nie mogła, bo nie możliwe
jest dać to, czego nie posiadasz.
Do dnia dzisiejszego zachowuję w pamięci nawiedzanie kościoła z
babcią. Jak przez mgłę widzę figurę Chrystusa leżącego w grobie,
przypominam sobie długie klęczenie i jak rzucam do puszki ofiarę.
Prawdopodobnie był to Wielki Piątek. Właśnie babcia stała się
zbawiennym narzędziem w rękach Bożych. Kiedy ją odwiedzałem, zawsze
musiałem wysłuchać narzekań na bezbożny los mojej rodziny. Babcia
podkreślała, że ja i bracia dorastamy, a nie byliśmy jeszcze u
spowiedzi i I Komunii. Te narzekania szczere i bolesne stały się
błogosławionym ziarnem i przyniosły niespodziewane owoce. Będąc na
III roku nauki w koledżu pedagogicznym w Borysowie, zdecydowałem się
pójść do kościoła i poprosić o spowiedź. Oczywiście, nie chodziło tu
o pobożność i o Boga, lecz o miłość do babci. W myślach już zdawałem
jej raport o wykonanym zadaniu, o tym, że jej wnuczek już się
wyspowiadał. Zamierzałem w kościele pokazać się tylko raz...
Trafiłem w ręce ks. Józefa Pietuszki MIC. Przyjął mnie ze
zrozumieniem, ale do spowiedzi kazał się przygotować. Głosił mi
katechezy. Właśnie tam, w zakrystii borysowskiego kościoła, w czasie
słuchania Ewangelii Chrystusa nastąpiła moja wewnętrzna przemiana.
Słowo Boże podważyło mój dotychczasowy system wartości i
dotychczasowe postępowanie. Na każdym kolejnym spotkaniu poznawałem,
że jestem grzesznikiem, główkowałem, jak mam zmienić swoje życie,
jak mam podobać się Bogu. Potem była spowiedź, I Komunia św., służba
ministranta i codzienna Msza św.
Myśl o powołaniu przyszła szybko - miesiąc po pierwszej katechezie.
Później tylko się modliłem i czekałem na zakończenie nauki. Jeszcze
przez rok ks. Józef sprawował nade mną dyskretną opiekę:
duchową - spowiadałem się u niego... i fizyczną!!! Pytał mnie np.:
„Co dzisiaj jadłeś?” (rzeczywiście wyglądałem marniej; chyba
wzbudzałem litość!!!), odpowiadałem: „Ziemniaki”. Pytał 2 dni
później: „Co masz dzisiaj na kolację?”, mówiłem: „Ziemniaki!”. Więc
rozczulony zapraszał mnie na posiłek. A w ogóle poświęcał mi dużo
swojego czasu, nie bał się go na mnie zmarnować - mogę powiedzieć,
że zainwestował we mnie swój czas. Często w niedzielę zabierał mnie
jako ministranta na dojazdowe parafie. Tam zobaczyłem, jak ten
kapłan, już w starszym wieku, ofiarnie posługuje, nieraz odprawiając
4-5 Mszy św., przed każdą spowiadając, nigdy nie rezygnując z
kazania. O powołaniu nie słyszałem od niego za wiele, zresztą,
nie potrzebowałem, widziałem wszystko na własne oczy.
Jestem wdzięczny Panu Bogu za to, że Jego wyrok był dla mnie pełny
miłosierdzia. Obdarzając mnie łaską nowego życia, powołał do pracy w
swojej winnicy. Postawił na drodze kapłaństwa prawdziwego świadka
wiary i apostoła. |