|
Z
Niepokalaną
...
odkrywamy nasze powołanie Jesień 3(55) 2008
Do
czego przeznaczył nas Bóg? / ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC
Wiele razy w życiu przychodzi nam do głowy pytanie: „Po co istnieję?
Jaki jest sens mojego życia?” Szukamy więc sensu w tym, co robimy, w
posłudze, w rodzinie itp. Różne są efekty owych poszukiwań. Bywają
tacy, którym wystarczą powierzchowne odpowiedzi. Bywają też i tacy,
których nie satysfakcjonują zbyt łatwe rozwiązania, jakby szukali
czegoś, co przekracza ten świat. Bywa, że gubiąc się wśród różnych
możliwości odpowiedzi, popadają w apatię, a nawet swoistą depresję.
Świadomość przemijania, niemoc, uciekający czas – a z nim i życie –
sprawia, że zniechęceni popadają w jakiś bezwład i kończą na
wegetacji: fizyczne funkcjonowanie, wypełnianie codziennych zajęć,
„zabijanie czasu”… Inni rzucają się w wir pracy, poświęcają się
różnym ideom, ideologiom, by zagłuszyć to nieznośne pytanie: po co?
dlaczego? Być może odpowiedź znajdziemy w słowie Bożym. Spróbujmy
przyjrzeć się pewnemu fragmentowi z Listu do Efezjan:
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa
Chrystusa, On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na
wyżynach niebieskich - w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas
przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed
Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako
przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia
swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w
Umiłowanym. W Nim dostąpiliśmy udziału my również, z góry
przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z
zamysłem swej woli, po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu -
my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie (Ef
1,3-6.11n)
Słowo Boże daje jednoznaczną odpowiedź: Istnieję, bo Bóg tak
chciał. Bóg zechciał, żebym istniał(a). Tak po prostu. W
przepełnionym miłością sercu Boga pojawiło się pragnienie, aby mnie
obdarzyć życiem. Stało sie to, zanim świat powstał, zanim ktokolwiek
inny zapragnął mojego istnienia. Bóg wybrał mnie, bo chciał
podzielić się swoją miłością. Ta bezinteresowność mnie zawstydza,
dziwi. Jakże często jej nie dowierzam… Zadaję sobie pytanie: Jaki
interes miał w tym Bóg? Do czego jestem Mu potrzebny? Czy to
możliwe, żeby sam Bóg mnie zapragnął z czystej miłości? Z miłości
przeznaczył nas dla siebie… W świecie, gdzie tak wiele rzeczy jest
„za coś”, gdzie „nic nie jest za darmo”, gdzie ciągle muszę na coś
zasługiwać, gdzie żebrzę o odrobinę chociaż miłości, szacunku,
akceptacji - ukryta jest miłość. Jest ona cicha, często niechciana i
niezauważona, nie domaga się fanfar ani zapłaty… Gdy ja patrzę na
drugiego podejrzliwie, zazdrośnie, często bez miłosierdzia, sam Bóg
mi mówi: „Bierz za darmo i spróbuj uwierzyć, że Moją mocą możesz
podobnie…”.
W takiej perspektywie jakże inaczej dokonuje się wyborów: tych
wielkich, zwanych powołaniem, i tych mniejszych, codziennych. Jakże
inaczej można zobaczyć swoje miejsce w życiu. Jeśli przyjmę prawdę o
bezinteresownej miłości Boga, mogę inaczej, w nowym świetle zobaczyć
najgłębszy sens swojego istnienia, przyjąć dary, które zdają się
mnie przerastać. Mogę zobaczyć swoje miejsce bez porównywania się z
innymi. Lęk, który ogarnia moje serce, już nie musi nade mną
panować. Nie jestem zdany tylko na siebie. Skoro Bóg mnie zechciał,
to i wyposażył na drogę przez życie w konkretnym powołaniu.
Świat, w którym żyjemy, jest pełen lęku. Boimy się o własne życie,
boimy się odpowiedzialności, trudnych wyborów. Wybieramy najprostsze
rozwiązania, które niekoniecznie są najlepsze. Dlaczego? Bo w głębi
serca nie wierzymy, że Bóg chce naszego dobra, stawiając trudne
wymagania. Boimy się np. małżeństwa, więc wolimy żyć bez
zobowiązań, żeby łatwiej, kiedy przyjdą trudności, rozstać się,
uciec… Boimy się być rodzicami, więc robimy wiele, by nie mieć
dzieci, a gdy już są, uciekamy od odpowiedzialności, spychając ich
wychowanie na jakieś instytucje. Boimy się starości, więc przed nią
uciekamy, oddając starych rodziców do tzw. domów pogodnej starości,
skłaniamy się nawet ku eutanazji. Byleby nie widzieć tego, co wymaga
trudu i poświęcenia. Nie bierzemy pod uwagę życia w celibacie dla
królestwa niebieskiego (jako ksiądz, zakonnik, czy siostra zakonna,
osoba samotna żyjąca w świecie dla posługi Kościołowi), bo tak wiele
trzeba by oddać.
Dlatego nie przyjmujemy do naszej świadomości, że Bóg może nas
uzdolnić do przyjęcia sposobu życia: totalnie dla Niego. Pragniemy
wolności, poddając się dość banalnym schematom szczęścia, sukcesu,
powodzenia. Dlatego nie dopuszczamy pragnień ukrytych w sercu
każdego człowieka, które kierują się tak naprawdę ku Bogu samemu.
Poza Nim jesteśmy skazani na tułaczkę. Na własną rękę
poszukujemy szczęścia, by wreszcie pozostać z niespełnionymi
pragnieniami, oczekiwaniami, tęsknotą „za czymś”. Okazuje się, że
tak wiele jest „nie tak”. Mąż jest „nie taki”, dzieci są „nie
takie”, przełożeni, praca, starość, kariera, politycy: wszystko,
życie całe jakieś „nie takie”… A wszystko dlatego, że nie umiemy się
ucieszyć, że Bóg wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli
znakiem Jego bezinteresownej miłości. Gdybyśmy przyjęli Jego
plan, mniej zastanawialibyśmy się nad tym, „co z tego będę miał(a)”,
a bardziej pociągałoby nas, jak żyć, by się Bogu podobać… Brzmi
to dość pobożnie, może nieco patetycznie, i aż się chce spuścić
głowę, myśląc: „Eee tam, to nie dla mnie”. A przecież
Jezus Chrystus przychodząc na ten świat,
miał jeden cel: przypomnieć człowiekowi, kim jest Bóg naprawdę (że
jest Ojcem) i przypomnieć, kim człowiek jest naprawdę (że jest
dzieckiem Boga).
W Psalmie 8 autor pyta: Kim jest człowiek, że o nim pamiętasz? Kim
syn człowieczy, że Ty o nim myślisz? Nie musimy odkrywać nieznanych
lądów, dokonywać niesamowitych wynalazków, wygrywać wojen, by
udowadniać sobie, że jesteśmy ważni i cenni. Czyż nie wystarczy to,
że tacy właśnie jesteśmy, bo Bóg tak chciał? Maryja musiała mieć tę
pewność w sercu. Jak również i to, że jeśli Bóg woła, również daje
siłę i umiejętności, by nie tylko usłyszeć owo wołanie, ale również,
by za nim pójść w taki sposób, jak On tego od nas pragnie.
Istniejemy dla Niego, ze względu na Niego,
przez Niego. A przyjmując to, możemy jeszcze bardziej i prawdziwiej
istnieć dla innych i siebie samych. |