|
Z
Niepokalaną
...
dziękujemy za dar Kościoła Zima 4(56) 2008
MOJA MATKA KOŚCIÓŁ
Wychowywałam się w rodzinie katolickiej przestrzegającej wszelkich
zasad życia chrześcijańskiego i tradycji. Była w moim domu
modlitwa, ale nie słyszałam, że Bóg jest Miłością, że jest
miłosierny i kocha człowieka. Boga pojmowałam jako Stwórcę, który
osądza i karze człowieka za jego złe postępowanie. Bóg był, ale
gdzieś daleko.
Moje życie miało zależeć ode mnie – od moich umiejętności, pracy.
Takie myślenie pogłębiane było w szkole średniej, gdzie o Bogu nie
wolno było mówić, natomiast utwierdzano materialistyczny pogląd na
życie. Z takim myśleniem weszłam w życie dorosłe, samodzielne. Dalej
wierzyłam, że to ja jestem „budowniczym” swojej przyszłości.
Pochłonięta byłam pracą, dalszą nauką, później – rodziną. Wszystko
dobrze się układało: miałam męża, dwóch synów – byłam zadowolona, a
nawet dumna. Bóg był, ale to wszystko przypisywaliśmy sobie.
Snułam więc dalsze plany, miałam wizję pięknej, kochającej się
rodziny.
I nagle wszystko się zawaliło, moje plany legły w gruzach.
U starszego syna wykryto raka; po 3 latach leczenia – umarł.
Wielka rozpacz. Pozostało pytanie: Dlaczego? Dlaczego? Myślałam
wtedy, że Bóg mnie ukarał z powodu budowania życia bez Niego. Nie
rozpoznałam, że choroba i śmierć syna były aktem miłości ze strony
Boga, by mnie ratować, by ratować naszą rodzinę, bym wreszcie
przejrzała, że nie ja jestem bogiem! Ale w naszym cierpieniu mąż
i ja zaczęliśmy bardziej zbliżać się do Boga, szukać z Nim dialogu,
analizować swoje życie; byliśmy już wtedy w jednej ze wspólnot w
naszej parafii.
Po pewnym czasie moje myśli i uczucia skierowałam na drugiego syna,
na jego rodzinę. Nie widząc swojego egoizmu, miałam wobec nich
duże oczekiwania, myślałam o ukojeniu swojego cierpienia. Wraz z
mężem pragnęliśmy im dawać co mogliśmy, aby byli osłodą na nasz ból.
Pragnęliśmy z nimi być, cieszyć się rodziną. Niestety, stało się
inaczej. Wszelkie zabiegi z naszej strony to pogrążanie się w
samotności i cierpieniu. Czuliśmy się opuszczeni, a nawet
zawstydzeni. Przyszło jeszcze kolejne doświadczenie. Otóż zaistniała
potrzeba wsparcia finansowego rodziny syna. Uczyniliśmy to, ale
popadliśmy w duże długi. Zostaliśmy dalej sami, chorzy, z
minimalnymi środkami do życia. I wydawałoby się, że jesteśmy
straceni, że nic dobrego nas nie czeka...
W tej sytuacji przyszedł nam z pomocą
Kościół jako dobra Matka troszcząca się o swoje dzieci.
Bóg przez wcześniejsze trudne doświadczenia otwierał nasze serca,
uszy i oczy, by nas przygotować do słuchania Jego słowa, które
zaczęło działać, bo zaczęliśmy dostrzegać nasze życie w innym
świetle. Bóg stał się dla nas jedynym ratunkiem.
Słowo Boże, modlitwa dawały nam nadzieję i siłę, pomogły przetrwać
ciężki okres. Wierzę, że to Bóg sprawił, iż otrzymaliśmy tyle
pomocy, wsparcia od ludzi, tak że dziś mogę spojrzeć inaczej na
swoje życie. Jestem pogodzona ze śmiercią syna i dziękuję Bogu za
jego 27 lat. Cieszę się rodziną drugiego syna, wnuczętami, i nie
oczekuje od nich zbyt wiele.
Niedawno obchodziliśmy z mężem jubileusz 50-lecia małżeństwa.
Dziękujemy Bogu za te wszystkie łaski i doświadczenia. Wierzę, że
były nam dane z miłości Boga do nas.
Teresa |