|
Z Niepokalaną
... dla
Chrystusa i Kościoła
Wiosna 1(57) 2009
Marianie od 25 lat na Czarnym Lądzie
Przeprowadzony przez Redakcję „Z Niepokalaną” wywiad z ks.
Franciszkiem Filipcem MIC – misjonarzem od 25 lat - ukazuje piękne
dzieło, którego Bóg dokonał w ciągu pół wieku przez pracę misyjną
kilku marianów gotowych oddawać swoje życie na ewangelizację Afryki
(w Rwandzie i Kamerunie). Srebrny jubileusz ich obecności na tym
kontynencie jest okazją do przedstawienia ich posługi dla
Zgromadzenia Księży Marianów i Kościoła.
- Był Ksiądz pionierem w zakładaniu misji mariańskiej w Rwandzie...
- O misjach afrykańskich wcale nie myślałem.
Także nasze Zgromadzenie Marianów nie planowało wyjazdu na ten
kontynent. Byliśmy bowiem dość mocno zaangażowani w ewangelizację na
Wschodzie i mieliśmy już misje w Brazylii.
O misjonarzy do Rwandy
poprosił ówczesnego naszego prowincjała Eugeniusza Delikata
rwandyjski bp Fokas Nikwigize z diecezji Ruhengeri. Natomiast do
Kamerunu zaprosił nas polski biskup Jan Ozga z diecezji Doumé Abong
Mbang, który 10 lat wcześniej wyjechał tam również jako misjonarz.
Do Rwandy w pierwszej
ekipie (1984) wyjechało trzech księży marianów: Zdzisław Żywica,
Tadeusz Wyszomierski i ja. Wcześniej
byliśmy odpowiednio do tego dzieła przygotowywani.
Z Polski zabraliśmy 3 obrazy Maryi: Częstochowskiej, ze
Stoczka Warmińskiego i z Lichenia. Później były one uroczyście
intronizowane w wybudowanych przez nas kościołach. Maryjny cel misji
spełnialiśmy przez organizowanie maryjnego duszpasterstwa, niesienie
Chrystusa ubogim, głoszenie im nadziei na lepsze życie i zawierzenie
ich Bogu.
- Proszę opowiedzieć o początkach Waszej posługi misyjnej.
- Początki misji w Rwandzie to tworzenie od
podstaw parafii, wspólnoty wiernych, ochrzczonych, organizowanie
klasycznych struktur misji, jak budowa kościoła, szkoły, ośrodka
zdrowia, dojazdowych kaplic oraz zorganizowanie małego warsztatu, w
którym produkowaliśmy potrzebne sprzęty do budowy i wyposażenia.
Nasza misja była w Mwange, na północy Rwandy. Do obsługi
mieliśmy 5 centrów niedzielnych celebracji i 11 punktów
katechetycznych na ok. 30 wiosek.
Duszpasterstwo polegało na częstym odwiedzaniu wiosek.
Zostawaliśmy w nich przez 5 dni, od środy do niedzieli.
Przebywaliśmy z ludźmi do późnych godzin wieczornych, słuchając ich
opowieści, pomagając i zapraszając na katechezy i liturgie, które
były sprawowane codziennie do południa, a w niedzielę - uroczysta
Msza św. z kazaniem i homilią oraz udzielaniem sakramentów dla
wszystkich. Po południu odwiedzaliśmy chorych i rodziny.
Wiele wysiłku włożyliśmy w duszpasterstwo Akcji
Rodzinnej. Polegała ona na wychowaniu rodzin do odpowiedzialnego
rodzicielstwa, a powstała jako ratunek dla rodzin katolickich przed
nawałem propagandy aborcyjnej.
- Jak przeżyliście bratobójczą wojnę 1994-95?
- Nasza misja była położona przy granicy z
Ugandą, skąd napadali przez nią partyzanci na Rwandę, czyniąc
spustoszenie. Tworzyły się wielkie masy uchodźców. Wtedy nasza
posługa duszpasterska przyjęła charakter pomocy uchodźcom. Trzy razy
sami staliśmy się uchodźcami. Do naszej misji jednak zawsze
wracaliśmy i nie przeszkadzało nam, że była zdewastowana.
Odnawialiśmy co było możliwe, i byliśmy razem z ludźmi.
Wojna była wielkim złem. Nie brakowało jednak okruszyn
dobra, jak: przebaczenie, dzielenie się resztkami żywności czy
leków, ukrycie przyjaciół przed masakrą czy bohaterska postawa
naszych chrześcijan, którzy oddali życie za innych. Tak zginęło
wielu naszych pracowników, katechistów.
Po wojnie pomagaliśmy powracającym z uchodźstwa
parafianom i włączyliśmy się do kościelnego programu pojednania.
Dzięki dobrodziejom z USA sprowadziliśmy do Kibeho w Rwandzie, do
miejsca objawień maryjnych, 6-metrowej wysokości figurę Jezusa
Miłosiernego, co spowodowało rozwój tak bardzo potrzebnego kultu
Miłosierdzia Bożego, oraz ruch pielgrzymkowy.
- Jakie cechy charyzmatu mariańskiego udało się Wam przeszczepić
do Kościoła rwandyjskiego? Jak dziś wygląda Wasza posługa?
-
Marianie przybyli do Rwandy jako misjonarze, a więc po to, by głosić
Ewangelię i dawać o niej świadectwo. Posługa ta była spełniana przez
niesienie pomocy lokalnemu Kościołowi, organizowanie katechumenatu,
wspólnoty wiernych, a więc żywego Kościoła, i stworzenie struktur do
spełnienia tej misji. Ksiądz Żywica zajął się także prowadzeniem
rekolekcji i towarzyszeniem duchowym we Wspólnocie Ogniska Miłości w
Remera Ruchondo; pomagał zwłaszcza wyjść z traumatycznych
doświadczeń świadkom i ofiarom tragicznego ludobójstwa.
Już po 10 latach doszły próby zaszczepienia naszego
Zgromadzenia i dzielenia się naszym charyzmatem.
Dziś posługa marianów zarówno w Rwandzie, jak i w Kamerunie jest
kontynuowana w tym samym wymiarze. W Rwandzie ks. Ryszard Kusy jest
proboszczem w nowej parafii Nyakinama, w której pomaga mu ks.
Grzegorz Leszczyk, natomiast ks. Andrzej Tokarczyk razem z ks.
Markiem Ciebieniem zajmują się formacją kandydatów do Zgromadzenia.
Ksiądz Leszek Czeluśniak z ks. Bogusławem Gilem pracują w Ośrodku
Formacji Maryjnej „Cana” w Kibeho.
Na misji w Kamerunie (od 1999) pracujemy podobnie: ks.
Krzysztof Pazio organizuje i odnawia upadłą parafię; ks. Grzegorz
Myłek towarzyszy młodym Afrykańczykom na drodze powołania, a ja
opiekuję się sanktuarium Miłosierdzia Bożego, pierwszym i jedynym w
Kamerunie.
- Patrząc z perspektywy 25 lat posługi misyjnej w Afryce, co było
w niej dla Księdza najważniejsze?
- Najkrócej można by o niej powiedzieć
następująco: przewija się w niej ciągle wątek zawierzenia. Nauczył
nas tego Jan Paweł II, który zawierzał w swoich apostolskich
podróżach wszystkie odwiedzane narody. W Kamerunie po 3-krotnym
odwiedzeniu z rekolekcjami 20 parafii mogliśmy z okazji Jubileuszu
50-lecia diecezji Doumé zawierzyć Chrystusowi Miłosiernemu wszystkie
parafie i wszystkich wierzących.
Kiedy w czasie wakacji
prowadziłem animacje misyjne, nazywałem nasze misje afrykańskie
misjami miłosierdzia, miłosierdzia, które w różnych okresach
przybierało specyficzny charakter: pomoc ubogim, uciekinierom,
rodzinom, odnowa upadłych dzieł i struktur czy praca w sanktuarium
lub domu rekolekcyjnym. Teraz to miłosierdzie ukazuje się
najbardziej w potrzebie zorganizowania dobrej formacji kandydatów do
kapłaństwa i życia konsekrowanego oraz wybudowania dla nich
seminarium.
Misji nigdy nie spełnia się samemu, ale jest ona
najpierw przekazywaniem Ewangelii Chrystusa. Jako Jego wysłannicy,
misjonarze spełniają posługę nauczania, organizowania wspólnoty
Kościoła i uświęcania wiernych. Przekazują to, co otrzymali od
samego Chrystusa, ale również dzielą się wiarą Kościoła. Dbałem o
relacje jedności i często pisałm do współbraci Zgromadzenia czy
Przyjaciół Misji, że spełniamy te misje razem, że dajemy świadectwo
wiary, że potrzebujemy ich modlitwy i wsparcia. Obrazowo nazywam
Zgromadzenie Matką, która nas na misje posłała. Nigdy nie zapominam,
że tym misjom błogosławił Ojciec Święty Jan Paweł II.
Rozmawiała: Grażyna Michalak |