|
Z Niepokalaną
... i św.
Pawłem umacniamy misyjność Kościoła
Lato 2(58) 2009
Ludzkie zwierciadła /
ks.
Ryszard Górowski MIC
Zanim stałem
się zakonnikiem, kapłanem, misjonarzem i mogłem dawać świadectwo
swojej wiary... spotkałem przed wieloma laty Pana Jezusa.
Mój
ojciec jako 16-letni chłopak został wywieziony podczas wojny na
przymusowe roboty do Bawarii. Po wyzwoleniu wyjechał do Anglii jako
wojenny emigrant; pracował tam w kopalni węgla kamiennego. Polacy
mieszkający w Anglii zorganizowali w październiku (miesiącu
maryjnym) 1956 r. wielotysięczną pielgrzymkę do Lourdes statkiem
pasażerskim. Ojciec uczynił tam ślubowanie, że gdy powróci to
Polski, da Matce Bożej jakiś wspaniały dar. Już w grudniu nadarzyła
się okazja powrotu z powodu zmian politycznych, z czego ojciec
skorzystał, po 17 latach rozłąki z najbliższymi. Mamę poznał w
styczniu 1957 r., w lutym był ślub, ja zaś: Ryszard - jego syn -
urodziłem się w grudniu.
Kiedy miałem może 3 lata, przeżyłem pewne
zdarzenie. Mieszkaliśmy wtedy w Katowicach. Ojciec jak zwykle był w
kopalni o nazwie „Boże Dary” na nocnej zmianie. Obudziłem się i
zacząłem płakać, bo w domu nie było też matki (stała po wodę pitną w
kolejce do cysterny). Pojawiła się szybko. Tuląc mnie, włączyła
pozytywkę z pieśnią „Po górach, dolinach rozlega się głos...”.
Pozytywkę tę kupił ojciec w Lourdes. Później, gdy mama chodziła po
wodę, zawsze włączała mi tę maryjną pieśń; słuchając jej,
zasypiałem, czując się bezpieczny.
Każdego
roku, kiedy skończyłem 7 lat, ojciec brał mnie na coroczną
pielgrzymkę męską górników i ludzi Śląska do Sanktuarium Matki Bożej
Piekarskiej. Tam w ścisku tysięcy mężczyzn i młodzieńców wielbiliśmy
Maryję i wsłuchiwali się w kazania ówczesnego Prymasa Tysiąclecia i
kard. Karola Wojtyły oraz bp. katowickiego - Herberta Bednorza.
Mijały
lata. Dorastałem, uczyłem się, później pracowałem w kopalni węgla
kamiennego, popołudniami chodziłem do technikum wieczorowego,
odbyłem też zasadniczą służbę wojskową.
Jako
młodzieniec wraz ze swoimi kolegami kumplowałem się z kilkoma
młodymi księżmi ze swojej parafii. Nie tylko się modliliśmy, ale i
grali wspólnie w piłkę. Pomału rodziło
się w moim sercu powołanie pójścia za Chrystusem. W końcu
powiedziałem o tym ojcu. Jednak wiadomość ta go nie zaskoczyła.
Pojechałem do Częstochowy, aby się tam wymodlić i otrzymać siłę na
swoją drogę. Wszedłem też do biura powołaniowego. Wśród wielu fiszek
informujących o żeńskich zakonach była tylko jedna jedyna
informująca o zgromadzeniu męskim - Księży Marianów od Niepokalanego
Poczęcia. Bardzo mi się to spodobało, a szczególnie Patronka Maryja
Niepokalanie Poczęta.
Wstąpiłem do marianów w 1982 r., świecenia kapłańskie przyjąłem w
Lublinie 23 marca 1989. W dniu moich święceń ojciec wyznał mi o
swoim ślubowaniu w Lourdes. Darem, jaki tam obiecał Maryi przed
laty, byłem ja, jego pierwszy syn. Syn zaś, nie wiedząc o tym,
wybrał marianów od Maryi Niepokalanej, tej Maryi, która powiedziała
św. Bernadecie: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”.
Mogę
więc powiedzieć, że Bóg powołuje nas również nawet przed naszym
narodzeniem, na prośbę innych, choćby rodziców, dziadków. W tym
miejscu zwracam się do tych, którzy czytają to świadectwo: nie
bójcie się ofiarować i dać wasze dzieci i wnuki Bogu samemu, Jego
Matce. Przecież wszyscy pragniemy, aby były szczęśliwe i
błogosławione. Ich szczęście i błogosławieństwo będą także naszym
udziałem.
W 1989
r. wyjechałem do Afryki, do Rwandy. Oprócz skromnego
materialnego bagażu (40 kg) wziąłem ze sobą otwarte serce
przepełnione nie tyle miłością, co wielką bojaźnią i lękiem - jak
tam będzie i czy podołam. I właśnie w Afryce miałem wielką okazję
doświadczyć i uczyć się miłości od tych najbiedniejszych i
najmniejszych, uważanych często za śmieci tego świata. To oni
uczyli mnie ciągle pokory, kiedy byłem z nimi w czasie radości i
pokoju, w czasie nienawiści i wojny. To również oni mnie kochali i
mnie zdradzali. Mimo różnicy koloru skóry, mentalności, obyczajów i
kultury stawali się moimi przyjaciółmi. To w nich odkrywałem słowa
Jezusa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje
oddaje za przyjaciół swoich”.
Doświadczenie życiowe, które zdobyłem przed pójściem do seminarium,
pomagało mi i pomaga w mojej posłudze kapłańskiej oraz pracy
misyjnej, gdzie trzeba nie tylko głosić słowo Boże kochającego i
miłosiernego Ojca, ale także pracować rękami, których skóra nie jest
delikatna.
Najważniejsza jednak w życiu zakonnika, kapłana, misjonarza jest
stała przyjaźń z Bogiem, ciągłe spotykanie się z Nim. Także
pragnienie, aby to Bóg i drugi człowiek byli dla mnie zwierciadłem,
w którym będę mógł zobaczyć swoje prawdziwe ja i swoje serce.
Na
zakończenie. Pewnego razu wracałem pieszo do misji – było to w
Kamerunie. W plecaku miałem aparat fotograficzny, o czym wiedziały
okoliczne dzieciaki. „Padre, Padre, zrób nam zdjęcie!”. Podszedłem
do pobliskiego drzewa i zobaczyłem uśmiechnięte buzie spoglądające
na mnie z góry. Zrobiłem zdjęcie, które
później wywołałem w kilku odbitkach dla każdego dziecka.
Kiedy po 3 tygodniach znowu
byłem w tej wiosce - rozeszła się wiadomość: „Są zdjęcia!”. Mały
Mohammed oglądając fotografię, rozpoznał wszystkich swoich
przyjaciół. Nie wymienił jedynie swojego imienia. Wskazując go na
zdjęciu, jego mama powiedziała: „Mohammed, tu ty”. Uświadomiłem
sobie, że ze względu na brak w wiosce luster chłopiec nie rozpoznał
własnej twarzy. Znał siebie jedynie przez swoją matkę i innych
ludzi. Oglądali oni siebie w ludzkich zwierciadłach innych ludzi.
Modliłem
się tamtej nocy, prosząc Boga: Jeżeli lustra kiedykolwiek dotrą
do tej wioski, nie pozwól, Panie, aby jej mieszkańcy stracili swoje
ludzkie zwierciadła. |