Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich
Linia modlitwy
Pielgrzymki
Spotkania
Publikacje
Bractwo szkaplerzne
Strona główna

Z Niepokalaną
... pewną drogą do Boga   Jesień 3(59) 2009

„Dla Boga nie ma nic niemożliwego”

Jak stałem się  marianinem... / ks. Leszek Czeluśniak MIC

Patrząc na moje 26 lat życia zakonnego w Zgromadzeniu Marianów, chciałbym potwierdzić pewną zasadę, na której opiera się powołanie Boga do pójścia za Jego głosem. Osoba podejmująca drogę służby Panu zajmuje dopiero trzecie miejsce w strukturze tzw. „powołania”. Pierwszy krok czyni Pan: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i aby wasz owoc trwał...” (J 15,16). Drugim elementem jest modlitwa wielu osób o powołania, zgodnie z zachętą Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało, proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo...” (Łk 10,2). W końcu konkretna osoba słyszy głos Boga i daje Mu odpowiedź: Tak, Panie! Wówczas gdy powołanie zostanie dobrze rozpoznane i oddane Panu całym sercem, rozpoczyna się kolejna przygoda apostolska.

            W tym kluczu odczytuję również mój wybór mariańskiej drogi. Moje pierwsze spotkanie (świadome) z Panem odbyło się przez czytanie słowa Bożego. Kiedy byłem ministrantem, otrzymałem w wieku trzynastu lat nagrodę za moją „rekordową” liczbę Mszy św. A był to Nowy Testament, który zacząłem w domu skrycie czytać, aby nie uznano mnie za zbyt pobożnego.

            Kiedy miałem 14 lat, mój dziadek w czasie spotkania rodzinnego na Boże Narodzenie wyraził życzenie (bardzo skrycie), abym wybrał drogę kapłańską. Bardzo mnie to zaskoczyło; nigdy nie przewinęła mi się myśl o zostaniu księdzem. Dodał również, że wiernie się o to modli. Z mojej strony życzenie dziadka szybko poszło w zapomnienie. Tym bardziej, że zakończyłem służbę ministrancką, a zaangażowałem się mocno w sport i rozwijałem liczne kontakty koleżeńskie. I tak czas mijał radośnie aż do 1980 r., czyli do matury, a więc pytanie: I co dalej? Studia? Praca? Kończyłem technikum mechaniczne, ale studia techniczne nie pociągały mnie. Lubiłem rysować i malować. Zacząłem nawet myśleć w tym kierunku. W końcu po długich maturalnych wakacjach zacząłem pracę w Hucie Stalowa Wola na wydziale wojskowym. Sierpień 1980 r. mocno wpisał się w moją historię.

            Poznałem trud robotniczy; dołączyłem też do rodzącej się „Solidarności”. I nagle w czasie mojej codziennej pracy rodzi się wewnętrzna myśl o życiu dla Boga. Bardzo szybko wypełniła ona moje wnętrze i nie opuszczała mnie. Zdecydowałem podzielić się nią z moim przyjacielem Wiktorem, który pracował na sąsiednim wydziale. Myślałem, że wywoła to u niego szok, ale to on mnie zaszokował, gdyż w odpowiedzi usłyszałem, że on również myśli o podobnej decyzji. Postanowiliśmy porozmawiać z jednym z księży w parafii, którego obdarzaliśmy zaufaniem, by pomógł nam podjąć decyzję. Nasze pierwsze „prywatne” spotkanie z księdzem miało mieć jeden warunek: jeżeli kapłan ten będzie nieobecny, to kontynuujemy pracę i podejmujemy w październiku służbę wojskową, do której to już zostaliśmy oficjalnie wezwani. Kiedy udaliśmy się do parafii, otrzymaliśmy wiadomość, że nasz wybrany ksiądz wziął dzień wolnego i wyjechał w rodzinne strony. A więc sprawa była jasna: nie księża, ale żołnierze. Tak rozpoczął się burzliwy okres 1980-1982 (stan wojenny), dla mnie w Grudziądzu i Płocku, a dla Wiktora w Pile. Jednak myśl o kapłaństwie towarzyszyła nam i w czasie służby wojskowej.

            Po przysiędze wojskowej postanowiłem odwiedzić Wiktora w Pile. W podróży miałem przesiadkę w Bydgoszczy. Po opuszczeniu pociągu zauważyłem patrol wojskowy, który zbliżał się do mnie, a ja nie byłem przepisowo ubrany! Ze strachu zacząłem uciekać. Rozpoczął się mały pościg. Schroniłem się w kościele niedaleko dworca. W kruchcie zauważyłem duży afisz powołaniowo-misyjny księży lazarystów: „Żniwo wielkie, ale robotników mało...” (Łk 10,2) Słowo to dało prawdziwy początek mojego obecnego powołania misyjnego i zakonnego. Nawiązałem kontakt z lazarystami i rozpocząłem poważne przygotowania do wstąpienia do ich zgromadzenia. Ale plany Boże były troszeczkę inne...

            Ponieważ służba wojskowa w tym czasie była często przedłużana, postanowiliśmy z Wiktorem zdawać na KUL na teolog. Mimo dużej odległości miałem z Wiktorem ciągły kontakt i wspólnie podejmowaliśmy decyzje o kolejnych krokach. Zaczęliśmy się ostro przygotowywać do egzaminów. Niełatwa to była dla mnie droga, gdyż w wojsku należałem do sekcji politycznej (byłem głównym dekoratorem w jednostce). Zaraz dowiedziano się, że zdaję na KUL i, to jeszcze na teologię. Dzięki Bożej pomocy i małym dyplomatycznym ścieżkom w lipcu 1982 r. przystąpiliśmy do egzaminów. Nasz trud nie poszedł na darmo. Włączono nas w poczet studentów. Jednak nasza wola była inna. Po wyjściu z wojska pragnęliśmy podjąć drogę zakonną. Dużą pomoc w tej decyzji okazał nam ks. Jan Śrutwa, dziekan wydziału teologicznego, a późniejszy biskup. Dzięki niemu zostaliśmy włączeni w grono studentów, ale z ramienia Księży Marianów, których w tym czasie Wiktor poznał w Lublinie. Szybko wtedy do mnie zadzwonił i oznajmił, że znalazł to, czego szukaliśmy - maryjny zakon, który prowadzi również misje.

            Boże plany zaczęły nabierać bardziej realnych kształtów. Tak więc wkrótce dwóch żołnierzy stawiło się w Warszawie na Marymoncie u księdza prowincjała i poprosiło o przyjęcie do formacji wstępnej. Nie była to dla niego łatwa decyzja, gdyż należało nas zwolnić z postulatu i pozwolić na krótszy nowicjat. Ale Maryja wszystko załatwiła. I tak po ukończeniu służby wojskowej we wrześniu 1982 r. i po 2-dniowym pobycie w domu rodzinnym rozpoczęliśmy mariańską formację.

            Obecnie Wiktor jest kustoszem sanktuarium w Licheniu, a ja od 20 lat posługuję na misjach w Rwandzie. Moim mottem na obrazku prymicyjnym było hasło KUL-u: „Bogu i Ojczyźnie” oraz biblijny werset ze Zwiastowania: „Dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,38)

Aktualności

Zgromadzenie
Księży Marianów w Polsce
Stowarzyszenie
w USA
Wydawnictwo
Księży Marianów
Sanktuarium
w Licheniu

 

CENTRUM  STOWARZYSZENIA  POMOCNIKÓW  MARIAŃSKICH
ul. Św. Bonifacego 9, 02-914 Warszawa       tel. 022 6519029,  022 8337405; fax: 022 8333233
e-mail: spm@marianie.pl 

Numer rachunku bankowego:
PKO SA VII/O Warszawa 53-1240-1109-1111-0000-0515-2270