|
Z Niepokalaną
... pewną
drogą do Boga
Jesień
3(59) 2009
Jak dojść do nieba? / ks. Eugeniusz
Zarzeczny MIC
Pytanie zawarte w
tytule budzi tyleż emocji co troski, przyprawiając niejednego o ból
głowy. Powstaje ono w umysłach i sercach tych, którzy widzą swoje
życie jako drogę.
Święty
Paweł stwierdza, że jesteśmy pielgrzymami, dopóki żyjemy na tej
ziemi (2 Kor 5,6). Jednak zanim zaczniemy rozważać o niebie, drodze
i jej etapach, być może należałoby zadać bardziej fundamentalne
pytanie: czy w ogóle chcę do nieba, czy o nim myślę? Bo jest
jedna ważna kwestia: myśląc o niebie, nie sposób nie myśleć o
czekającej nas śmierci, która jest etapem, a raczej wydarzeniem
poprzedzającym ewentualne „wejście” do nieba.
I tutaj
zaczynają się „schody”. Jak się okazuje, mimo naszej wiary,
zapewnień o niej, deklaracji - do nieba
wcale nam nie śpieszno. Nie chodzi oczywiście o
przyśpieszanie śmierci, lekceważenie życia, zaniedbywanie
obowiązków, abnegację czy pogardę dla życia. Chodzi o świadomość,
że bycie pielgrzymem na tej ziemi powinno mieć konsekwencje w
naszych wyborach, sposobie myślenia, logice, jaką się powinien
kierować ten, kto wie, że celem
życia jest nie to, co TUTAJ, ale to, co TAM.
A rzeczywistość pokazuje, że
zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli za wszelką cenę udowodnić, iż
liczy się to, co tutaj osiągniemy, zdobędziemy. Jakże często nasza
samorealizacja ogranicza się do celów tylko ziemskich. Za wszelką
cenę – niestety – musimy osiągnąć sukces materialny czy zawodowy,
idąc „po trupach”, „wygryzając” innych, starając się zająć miejsce w
czołówce tego „wyścigu szczurów”. Nasze dzieci muszą być najlepsze.
Od małego wpajamy im, że muszą być ludźmi sukcesu, zdobyć jak
najwięcej pieniędzy, zrobić karierę. Takie wartości jak: prawda,
dobro innych, altruizm, ofiarność, życzliwość stają się
względne i wcale nie zajmują głównego miejsca przy podejmowaniu
wyborów i decyzji. Wystarczy spojrzeć chociażby na programy wyborcze
polityków i partii. Zwyciężają nie ci, którzy obiecują walkę o
godność człowieka, o jego życie od poczęcia aż do naturalnej
śmierci, ale ci, którzy obiecują wzrost gospodarczy, zwiększenie PKB
(produkt krajowy brutto) i więcej pieniędzy. Tak więc życie nam
pokazuje, że wcale nie myślimy o niebie. Nasze wysiłki
koncentrują się na tym, żeby TUTAJ wypaść jak najlepiej, żeby
stworzyć sobie niebo tutaj, często za wszelką cenę. A przecież
to życie jest tylko wielką
„poczekalnią”, daną nam, by nas
przygotować i uzdolnić do wejścia do domu, do którego prowadzi
„ciasna brama i wąska ścieżka”. Przez nią wchodzą ludzie
wolni. Natomiast ociężali i „obładowani” ładunkiem/towarem
własnych ambicji, egoistycznych dążeń - mogą się nie przecisnąć…
Było
jedynie małe ostrzeżenie i stwierdzenie, że są również ci, którzy za
bardzo nie przejmują się niebem, wiecznością i spotkaniem z Bogiem.
On bowiem będzie nas sądził z miłości,
którą przyjęliśmy i dawaliśmy, a nie ze stanu konta, zebranych
tytułów naukowych, sukcesów „za wszelką cenę”.
Jak więc
wejść do nieba? „Osiągnąć” je? W tym względzie
również możemy paść ofiarą ambicji
i „światowego” myślenia. Może się nam wydawać, że wejdziemy do
nieba o własnych siłach, zarabiając własnym wysiłkiem, kupując sobie
zbawienie, tak jak kupuje się bilet do opery, jak
zdobywa się miejsce w radzie nadzorczej, sejmie czy rankingu na
najbogatszych… Przymilamy się Panu Bogu, „zaliczając” kolejne
punkty kontrolne, usprawiedliwiając się i osądzając innych w razie
niepowodzeń.
W ten
sposób koncentrujemy się na tym, co wtórne, co powinno być efektem
czegoś znacznie ważniejszego. Tym „czymś” jest głęboka więź,
relacja z Chrystusem, która zmienia motywy naszego działania.
Dzięki niej źródłem naszych poczynań nie będzie chęć wykazania się,
udowodnienia czegoś Panu Bogu, lecz miłość. Faryzeusze z Pisma św.
gromadzili zasługi, chwaląc się niejako przed Bogiem swoją
doskonałością, patrząc pogardliwie, z poczuciem wyższości na innych
(Łk 18,11). Jezus powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i
życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie” (J
14,6). Chrystus jest bramą i nie ma innej. Bez głębokiego
zjednoczenia z Nim, otwarcia przed Nim serca, uczynienia Go
Pierwszym w naszym życiu, nie wejdziemy do nieba, ba, nawet nie
znajdziemy drogi, kręcąc się wokół siebie, próbując coś
udowodnić Bogu. „Błogosławieni ubodzy w duchu…, czystego
serca…, miłosierni…, którzy łakną i pragną sprawiedliwości…, cisi…,
ci, którzy wprowadzają pokój…” (Mt 5,3-16). Więź z Jezusem,
intymna wręcz z Nim relacja, zgoda na historię, którą On nam daje,
podejmowanie decyzji ze względu na Niego, na Jego słowo prowadzą do
nieustannego nawracania się, zmiany sposobu myślenia, i w efekcie
otwiera drogę do królestwa niebieskiego.
Pięknym obrazem naszej drogi do domu Ojca jest przypowieść o synu
marnotrawnym, która właściwie powinna nazywać się przypowieścią
o miłosiernym Ojcu (Łk 15,11-32). Człowiek ma tendencję do
„samodzielnego” życia, nawet w oderwaniu od miłości ojcowskiej,
według własnego pomysłu (młodszy syn). A nawet będąc blisko Ojca,
można nie dostrzegać jego miłości i dobroci, żyjąc w poczuciu
skrzywdzenia z powodu niezaspokojonych własnych ambicji (starszy
syn). Mimo tego odrzucenia i niezrozumienia Ojciec wychodzi na
zewnątrz i czeka na powrót umiłowanego (mimo wszystko) dziecka. Ta
przestrzeń przed domem, gdzie czeka Ojciec, to Kościół, miejsce
powrotu, nawrócenia, obdarowania i nawiązania nowej, miłosnej
relacji. Droga powrotu to czas żalu za grzechy, decyzji
nawrócenia i odnowy. Dokonuje się ona w Chrystusie, z Nim i przez
Niego. A potem już tylko czuły dotyk Boga, nowa szata, pierścień i
przywrócenie godności dziecka, i… wejście do domu, w którym jest
wiele miejsca przygotowanego dla wszystkich.
Chcesz tam wejść? Chcesz oddać wszystko? Od tej odpowiedzi, danej z
miłości, zależy twoje życie. WIECZNE ŻYCIE. |