|
Z Niepokalaną
... bądźmy
świadkami miłości Lato
2(62) 2010
Wiem, że nie zostałam oszukana / Maria Wiechowska
Mam na imię Maria.
Jestem 38-letnią kobietą. Pochodzę z rodziny, w której miałam wiele
autorytetów, miłości rodziców i opieki. Rodzice wychowywali mnie w
szacunku do drugiego człowieka, można powiedzieć w ramach Dekalogu,
pominąwszy pierwsze przykazanie. W naszym domu nie było Boga,
ponieważ nikt, tj. moi rodzice, dziadkowie i najbliższa rodzina nie
wierzyli w Niego. Mój tata często mi powtarzał, że jestem z miłości,
ale tylko mamy i jego, ponieważ poczęcie to sama biologia, a to, co
mnie w życiu spotyka, to czysty przypadek.
I tak w
wieku 20 lat, będąc w ciąży, wyszłam
za mąż. Kiedy nasz syn miał rok, zaszłam w kolejną ciążę,
nieplanowaną. Myślałam o aborcji, tłumacząc sobie naszą trudną
sytuację; bałam się okropnie tego drugiego dziecka. Ale po jakimś
czasie uzmysłowiłam sobie, że są rzeczy, których nie potrafię
zrobić, i tak narodziła się we mnie ogromna miłość do tego Maluszka.
To był
moment, w którym Pan Bóg upomniał się o mnie, bo po tym fakcie
szybko poroniłam. Rodzice tłumaczyli mi, że to biologia, że organizm
sam wydala nieudane zarodki, a ja byłam pewna, że to coś więcej.
Gdybym poroniła w momencie myślenia o aborcji, byłaby to dla mnie
ulga, ale Pan Bóg poczekał, aż pokocham moje dziecko i wtedy powołał
je do siebie, dając mi cierpienie. To był impuls do tego, aby pytać,
gdzie szukać Boga, bo w głębi serca wiedziałam już, że musi być.
Kilka
razy byłam w kościele. Szok... Nic nie rozumiałam - ani słów, ani
gestów, co po czym następuje. Strach. Aż usłyszałam, lecz tylko
kilka słów:
„Nie rzucaj pereł przed świnie”.
Pomyślałam, że to o mnie i zaczęłam prosić Boga o pomoc.
Czas
płynął. Chwilami zapominałam o Bogu, nie widziałam tego, że cały
czas działał w moim życiu, był bardzo blisko. Znowu zaszłam w ciążę,
i urodziłam córkę. Dostałam wymarzoną pracę, kończyłam kolejne
szkoły, i coraz bardziej oddalałam się od mojego męża. W pewnym
momencie nasze małżeństwo było puste. Mąż rozwijał swoje pasje, a ja
szukałam akceptacji w środowisku zawodowym. Myślałam, że skoro nie
jestem dość dobrą żoną, to po co ciągnąć takie małżeństwo. W pracy w
trakcie jednej z rozmów usłyszałam od kolegi: „Maju, Pan Bóg i
tak cię kocha”. Te słowa mnie poraziły, poszłam do kancelarii
parafialnej i poprosiłam o przygotowanie mnie do chrztu świętego.
Mój mąż był zdziwiony, ale nie negował mojej decyzji. Bóg również
odmieniał jego serce, posyłając mu ludzi z Dobrą Nowiną.
Po
czasie indywidualnych spotkań w parafii, ksiądz zaproponował mi,
abym razem z mężem spróbowała przychodzić do kościoła. Dostaliśmy
zaproszenie na katechezy neokatechumenalne. Ku mojemu zdziwieniu mąż
przyjął zaproszenie. Wstąpiliśmy do wspólnoty i zaczęliśmy nową
drogę
życia, drogę, w której Bóg stanął na pierwszym miejscu jako
Przewodnik. Po 7 latach małżeństwa cywilnego, będącego w głębokim
kryzysie, otrzymaliśmy dar tworzenia naszego związku na nowo. Już
nie sami i nie o własnych siłach. Wstąpiliśmy w związek małżeński
przed Bogiem – przystąpiliśmy do sakramentu małżeństwa,
otworzyliśmy się na życie.
Mamy
dziesięcioro dzieci, siedmioro w domu i troje w niebie. Jestem
świadkiem tego, jak Bóg się o nas troszczy i daje wszystko, co jest
potrzebne: miłość mojego męża, przebaczenie, ciągłe podnoszenie po
upadkach (kłótniach, zwątpieniach, oddaleniach). Prostuje także
relacje między mną i rodzicami, dał nam dom i dba o środki do życia.
Dzisiaj
widzę, że Bóg zawsze był obecny w moim życiu. Wszystkie
wydarzenia w nim miały swój sens i cel.
Wiem, że nie zostałam oszukana - Bóg jest
naprawdę i jest ogromną miłością.
Wydarzeń
świadczących o miłości Boga do mnie i moich bliskich było o wiele
więcej, i różnych; mam je w sercu. Przyjęliśmy również pod nasz
dach kuzynkę mojego męża, która wyszła z więzienia po 15 latach.
Byliśmy świadkami jej pojednania z naszą rodziną. Zmarła w niecały
rok po wyjściu na wolność, pogodzona również z Panem Bogiem, w
godzinę Miłosierdzia Bożego. |